– Ocaliłeś życie… dzięki ospie? – wyjąkał wreszcie Dan Morgan, parskając śmiechem.

Rye mu zawtórował, wkrótce jednak znów zapadła niezręczna cisza. Laura w popłochu zerknęła na Josha, który przyglądał im się ze zdumieniem.

– Umyj buzię i ręce, zanim siądziesz do stołu.

– Ale, mamo…

– Proszę bez dyskusji. No, idź – popchnęła go łagodnie i dziecko znikło za tylnymi drzwiami, odprowadzane spojrzeniem obu mężczyzn.

Atmosfera była tak gęsta jak całun mgły, który pokrywa Nantucket średnio przez ćwierć roku. Rye rozejrzał się i po raz pierwszy dostrzegł, że stół na krzyżakach nakryty jest na trzy osoby. W izbie był jeszcze jeden, mniejszy stół z wiśniowego drewna; znajdował się w głębi, a obok niego wyściełany fotel i taboret z wikliny, obciągnięty taką samą materią. Łóżko, które stało tu niegdyś, zniknęło. Jego miejsce zajęła przenośna zamykana alkowa, której rozsunięte drzwi pozwalały dojrzeć szereg drewnianych żołnierzyków stojących na baczność u wezgłowia – a zatem na pewno zajmował ją chłopiec. Spojrzenie Rye'a powędrowało w stronę drzwi do przybudówki, wyciętych w ścianie na lewo od kominka. Zauważył narożnik znajomego małżeńskiego łoża.

Z trudem przełknął ślinę.

– Wpadłeś na lunch? – spytał ostrożnie.

– No, owszem… – Dan wyraźnie nie wiedział, co począć z rękami.

Obaj mężczyźni patrzyli na Laurę, błagając ją wzrokiem, by wzięła na siebie ciężar sytuacji. Nastrój był iście pogrzebowy. Na ironię zakrawało, iż tak właśnie przyjęto wieść, że Rye Dalton cudem pozostał wśród żywych.

Głos Laury brzmiał nieswojo, policzki jej pałały, palce splatały się nerwowo.

– Rye… – odezwała się wreszcie – my… myśleliśmy, że nie żyjesz.

– My?

– Dan i ja.

– Dan i ty – powtórzył głosem bez wyrazu. Laura błagalnie zerknęła na Dana, lecz temu najwyraźniej całkiem odjęło mowę.



10 из 314