– No i? – warknął Rye, z każdą sekundą coraz bardziej przerażony.

– Och, Rye – na twarzy Laury odbiła się litość. – Mówili, że z „Massachusets” nikt się nie uratował. Dziennik pokładowy także poszedł na dno.

Stali bez ruchu, tworząc idealny trójkąt, co w danej sytuacji miało wręcz symboliczny wydźwięk. W końcu Dan zaproponował cicho:

– Może byśmy usiedli? Lecz Rye, jako człowiek morza, zwykł był przyjmować dopusty losu na stojąco.

– Czy sprawa wygląda… tak jak wygląda? – spytał zaczepnie, omiatając szybkim spojrzeniem wszystkie oznaki świadczące, iż Dan nie wpadł tu tylko z wizytą. Potem spojrzał na żonę. Zaciskała dłonie tak kurczowo, że kostki palców były białe jak śnieg. Ciemne oczy błyszczały od powstrzymywanych łez i malował się w nich głęboki żal.

– Tak, Rye – przyznała. – Dan i ja wzięliśmy ślub.

– Boże!… – Rye opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach. Laura miała ochotę podbiec doń, utulić, cierpiała bowiem równie mocno, jak on. Chciała krzyknąć: „Ach, co za nieszczęście!”, lecz przecież obok stał także i Dan – wypróbowany, najlepszy, ukochany przyjaciel. Dan, dzięki któremu udało jej się przetrwać ciężkie chwile; który w obliczu tragedii stał się jej podporą i dał jej wolę życia. Ten, kto pomagał jej w tysiącu spraw i zadań, jakim samotna, brzemienna kobieta nie mogła podołać. Ten wreszcie, kto pokochał dziecko Rye'a jak własne, a biorąc ją za żonę stał się dla Josha ideałem ojca.

Chłopiec wpadł właśnie do izby z mokrą po myciu buzią. Podbiegł wprost do Dana i objął go za nogi, zadzierając głowę z radosnym uśmiechem, którego widok rozkrwawił serce Rye'a Daltona.

– Mama zrobiła dzisiaj to, co lubisz – zaświergotał. – Zgadnij, co?

Rye patrzył, jak Dan Morgan głaszcze włosy malca, wygładzając sterczący czubek, który zresztą natychmiast podniósł się z powrotem.

– Zagramy w zgadywanki po kolacji, synu – bąknął bez zastanowienia Dan, po czym poczerwieniał i zerknął ukradkiem na zbolałą twarz Rye'a.



11 из 314