
Bladobłękitne oczy oceniały chłopca. Ile może mieć lat? – zastanawiał się gorączkowo Rye. – Cztery? Nie miał żadnej pewności. Czyj jest? Mój czy Dana? Obejrzał się na Laurę, zadając jej wzrokiem to samo pytanie.
Napięcie wciąż rosło i Laura czuła się jak lina, którą dwie drużyny przeciągają między sobą. W gardle ją dławiło, w głowie miała pustkę i odnosiła dziwne wrażenie, że cała ta farsa wcale jej nie dotyczy, że wszystko to spotkało kogoś innego. W końcu górę wziął konwenans i jej usta same ułożyły się w słowa: „Będzie nam bardzo miło, jeśli zjesz z nami obiad, Rye”. Jakże dziwnie to zabrzmiało! Zapraszała go do jego stołu, w jego własnym domu!
Rye omal nie parsknął gorzkim śmiechem. Przez pięć lat na morzu jadał twarde jak podeszwa suchary, soloną rybę i całkowicie niestrawny gulasz z suszonych jarzyn, pocieszając się myślą o pierwszym obiedzie, jaki dostanie w domu. A teraz, gdy jego nozdrza wypełnił aromat dania, o jakim śnił po nocach, nie mógł przecież ot, tak, po prostu zasiąść do niego wraz z Laurą i jej drugim mężem!
Zerwał się na nogi. Czuł palącą potrzebę, by opuścić ten dom i wszystko w spokoju przemyśleć. Chłopczyk wciąż mu się przyglądał, uniemożliwiając zadanie jakiegokolwiek pytania.
– Dziękuję, Lauro, ale jeszcze nie widziałem się z rodzicami – wykrztusił. – Pójdę się przywitać.
Oni będą znać prawdę – pomyślał.
Laura nieco przybladła i wymieniła z Danem ukradkowe spojrzenie.
– Odprowadzę cię kawałek.
– To zbyteczne. Doskonale pamiętam drogę.
– Idź z nim, Lauro – wtrącił szybko Dan. – Ja w tym czasie nałożę obiad.
Przez krótką, trudną do zniesienia chwilę, Rye zastanawiał się, czy ma dać znak Laurze, aby wyszła pierwsza, czy też upierać się, że pójdzie sam.
Josh zadarł głowę i spojrzał na Dana.
– Mamusia idzie na spacer z tym panem?
– Tak, ale niedługo wróci – odparł Dan.
