
– A kto to jest? – indagował malec, jeszcze pogarszając niezręczną sytuację.
– Na imię ma Rye i jest moim… naszym starym przyjacielem. Josh zmierzył wzrokiem wysokiego nieznajomego w spłowiałym od słonej wody przyodziewku i butach nasiąkniętych wielorybim tłuszczem, którego mowa – prędka, pełna skróconych, niezrozumiałych sylab – różniła się od języka, jaki słyszał w domu.
– Rye? – powtórzył. – Śmieszne imię.
Rye uśmiechnął się z wysiłkiem, szukając własnych rysów w każdym piegu, geście, każdej minie chłopca.
– Śmieszne, prawda? – przyznał. – Noszę je dlatego, że moja mama nazywała się Ryerson, kiedy jeszcze była panną.
– Mój kolega Jimmy nazywa się Ryerson – oświadczył Josh. Zatem to twój kuzyn, o ile oczywiście jesteś moim synem – pomyślał mężczyzna, kierując wzrok na Laurę, lecz również i tym razem nie doszukał się w jej oczach odpowiedzi, kobieta bowiem przyklękła, zwracając się do synka:
– Usiądź teraz grzecznie z… tatusiem do stołu i już jedzcie. Za chwilkę będę z powrotem.
Słysząc własne wahanie przed słowem „tatuś”, Laura poczuła wstyd. Dobry Boże, co też ja wyprawiam? – pomyślała. Kątem oka dojrzała, że Rye schyla się po porzuconą kurtkę i staje przy drzwiach w wyczekującej pozie.
Dan patrzył za nimi ze ściągniętą twarzą. W dzieciństwie ganiali na bosaka po wydmach, wolni od trosk i szczęśliwi. Z głębin pamięci wypłynął jego własny głos, wówczas wysoki, łamiący się falset:
„Lauro, chodź sprawdzić, czy dojrzały poziomki!”
Laura natychmiast ogląda się za Ryem:
„Rye, Rye, chcesz pójść z nami?”
Rye zerka na nich przez ramię.
„Nie, wolę iść na Altar Rock. Może jakiś statek zawija do portu.”
Decyzja Laury jest taka, jak zawsze:
„Idę z Ryem. Zresztą i tak za wcześnie na poziomki.”
Dan wlecze się za nimi z rękami w kieszeniach, marząc, by choć raz Laura posłuchała jego, a nie Rye'a.
Rye podniósł rzucony na ścieżce kuferek i ruszył obok Laury. Oboje uparcie wbijali wzrok przed siebie, lecz ona doskonale widziała jego poznaczone słonymi zaciekami mankiety, a on jej zdobioną pasmanterią spódnicę. Minęła wieczność, nim oddalili się na tyle, by nikt z domu nie mógł ich usłyszeć. Wtedy dopiero Rye zapytał bez wstępów:
