
– Czy Josh jest moim synem?
– Tak. – Laura nagle odczuła wielką radość, że może mu to powiedzieć, choć komplikowało to jeszcze bardziej dostatecznie już trudną sytuację.
Stopy Rye'a nagle wrosły w ziemię. Kuferek zsunął się z barku i wylądował z chrzęstem niemal dokładnie pośrodku rozdroża. Po lewej stronie drogi jabłoniowy sad zachłystywał się kwieciem. Kępki krokusów kiwały główkami w słońcu. Niżej lśniły wody zatoki, tak samo błękitne i rozświetlone jak w tej chwili oczy Rye'a.
– Naprawdę jest mój? – powtórzył z niedowierzaniem.
– Naprawdę – szepnęła, a błogi, drżący uśmiech rozjaśnił na chwilę jej twarz.
Na twarzy Rye'a natomiast malowała się cała gama odczuć, wśród których prym wiodło oszołomienie. Cofnął się o krok i z rozmachem usiadł na swoim kuferku, z trudem łapiąc oddech, jak gdyby nagłe uderzenie szkwału zwaliło go z nóg.
– Mój – oznajmił białym muszlom na ścieżce. – Mój – powtórzył, spoglądając na nią ze zdziwieniem, jakby spotkało go coś niepojętego.
Sięgnął po jej rękę. Nie mogła jej cofnąć, tak samo, jak nie mogła odwrócić pokrętnych wyroków losu. Silna, smagła dłoń objęła drobniejszą, jakże bardziej kruchą dłoń Laury, przyciągnęła ją bliżej i oparła się na jej biodrze. Ładunek uczuć, bijących z oczu Rye'a, zdawał się grozić, iż serce mu pęknie. Rye pociągnął ją jeszcze bardziej ku sobie, jęknął cicho i ukrył twarz na jej łonie.
– Och, Lauro…
Górą śmignęły dwie skrzeczące mewy, Laura jednak ich nie dostrzegła, bo na widok tej jasnej, rozwichrzonej czupryny, wtulonej tuż pod jej piersią, łzy stanęły jej w oczach.
– Rye, proszę cię…
Podniósł ku niej udręczone spojrzenie.
