
Spuściła wzrok. Nie mogła się pogodzić, iż tyle wycierpiał i tyle jeszcze będzie musiał przejść, choć nie było w tym jego winy.
Zanim wyjechał, pokłócili się nie na żarty. Obiecywał, że ten pierwszy rejs będzie zarazem ostatnim, a gdy odbierze swą bednarską „działkę”, czyli udział w zyskach, będzie im o wiele łatwiej związać koniec z końcem. Laura błagała, by nie wypływał, mógł przecież zostać w Nantucket i pracować w warsztacie ojca. Majątek niewiele dla niej znaczył. Ale Rye się uparł. Tylko ten jeden rejs, powtarzał. Roztaczał przed nią wizję profitów, jakie przypadną mu w udziale, jeśli połów okaże się udany. Jego nieobecność miała trwać około dwóch lat i Laura nie mogła znieść myśli o tak długim rozstaniu. Niestety, wielorybnicy z Nantucket nie mogli już, jak dawniej, napełniać baryłek tuż pod własnym nosem. Świat żądał tranu, fiszbinów i ambry, woskowatej substancji używanej do wyrobu perfum. Nadal znajdowano je w głębinach morza, z roku na rok jednak w pogoni za stadami wielorybów musieli wypływać coraz dalej.
– Nie było cię przez pięć lat! – zawołała z gniewem. Rye ujął jej twarz w dłonie i powiedział:
– Nie żałuję, Lauro. „Omega” wróciła z pełniuteńką ładownią! Czy wiesz, ile pieniędzy…
Przerwał mu cichy dziecięcy głosik:
– Mamo?
Laura wzdrygnęła się nerwowo, przykładając dłoń do serca. Rye obrócił się i zmartwiał. W drzwiach stał płowy malec, nie sięgający mu nawet do pasa.
Zerkał nieśmiało na nieznajomego, trzymając palec w kąciku uroczo wykrojonych ust. Fala szczęścia zalała serce Rye'a. To mój syn, myślał. Słodki Jezu, mam syna! Spojrzał pytająco na Laurę, ale ona zdawała się unikać jego wzroku.
– Gdzie byłeś, Josh? Josh, pomyślał z radością Rye. Po dziadku, moim ojcu.
