Sprawdził, czy rurka zasilająca połączona jest z kanciastą skrzynką zasobnika, przekazał datawizyjnie proporcję strzelania i skierował lufę w środek jaskrawych płomieni. Obok niego Dean trzymał w gotowości własny karabin.

Jenny tymczasem posyłała w ogień krótkie serie z karabinka impulsowego, aby ustalić dokładne położenie i rozmiary martwej strefy. Wystarczyło zapamiętać, kiedy broń odmawia posłuszeństwa.

Przekazała kolegom współrzędne owalnej powierzchni długości pięćdziesięciu metrów i odległej od nich o sto trzydzieści metrów.

— Sto pięćdziesiąt procent pokrycia — nakazała. — Ognia!

Z podziwem patrzyła, jak żołnierze obchodzą się z bronią. Karabiny magnetyczne wystrzeliwały dziesięć pocisków na sekundę — pocisków opuszczających lufę pięć razy szybciej od prędkości dźwięku. Mimo to prawie się nie ruszali, choć odrzut był silny: kiwali się tylko nieznacznie na boki. Wątpiła, czy jej wzmacniane mięśnie sprostałyby podobnemu wyzwaniu.

Poza ścianą płomieni powstałą po poprzednim ostrzale rozległa połać nie tkniętej dżungli eksplodowała wśród pirotechnicznych fajerwerków. Detonacje szrapneli pięć metrów nad ziemią uwalniały setki tysięcy ostrych lotek z węgla krystalicznego, które cięły powietrze z naddźwiękową prędkością, ostre niczym skalpele, twardsze od diamentu. Drzewa, które przetrwały wcześniejszy kataklizm, teraz padały pastwą nowego żywiołu, szatkowane przez wściekłe roje węglowych odłamków. Śmiercionośne drzazgi fruwały niczym chmury konfetti porwane huraganem.

Reszta szrapneli padała na ziemię, siekąc splątaną gęstwę pnączy i wkłuwając się na trzydzieści-czterdzieści centymetrów w rozmiękłą glebę. Nie miały jednak czasu osiąść: z góry posypały się pociski energetyczne, eksplodując dziko wśród oślepiających jonowych rozbłysków. Czarna ziemia wyrywała się wysoko w omroczone popiołem niebo. Tworzyły się dwumetrowe kratery o stromych ścianach, a grunt gdzieniegdzie falował jak wzburzone morze.



15 из 582