
2
Ojczysta ziemia Lisylfów krążyła w galaktyce znacznie oddalonej od tej, która nosiła w sobie zarodek przyszłej ludzkiej Konfederacji. Nie była to bynajmniej planeta, ale księżyc, jeden z dwu dziestu dziewięciu satelitów obiegających gazowego nadolbrzyma: potężną kulę niedoszłej gwiazdy, brązowego karła o średnicy dwustu tysięcy kilometrów. Gdy przestał wychwytywać materię, wciąż brakowało mu masy do zainicjowania syntezy termojądrowej, aczkolwiek na skutek kontrakcji grawitacyjnej wypromieniowywał znaczne ilości ciepła. Ta strona, która powinna być właściwie pogrążona w mroku, fluoryzowała blisko dolnej granicy widma widzialnego; mętna bursztynowa poświata ulegała waha niom na rozległych przestrzeniach, które przysłaniały raz po raz gęste zwały chmur rozdmuchiwanych nad globem przez szalejące cyklony. Natomiast tam, gdzie panował dzień i padały cytrynowe promienie słońca typu K4, pasma burzowe uzyskiwały łagodne, łososiowe lśnienie.
Dużych księżyców było pięć, przy czym księżyc Lisylfów — czwarty z kolei, jeśli liczyć od górnych warstw powłoki gazowej otaczającej nadolbrzyma — jako jedyny posiadał atmosferę. Pozostałe dwadzieścia cztery były jałowymi skałami: przechwyconymi asteroidami, śmieciami wytworzonymi podczas formowania się układu słonecznego; średnica największego z nich liczyła siedemset kilometrów. Pierwszy z księżyców, glob o spieczonej powierzchni, którego rudy metali wyparowały niczym lotne składniki komety, szybował już tysiąc kilometrów nad chmurami, podczas gdy ostatni — okryta lodową skorupą asteroida — krążył po orbicie wstecznej w odległości pięciu i pół miliona kilometrów.
