Ofiara konała w potwornych cierpieniach, z rozerwanym żołądkiem i trzewiami. Jeżeli miał czas, sadzał ofiarę na stalowym stożku i przywiązywał jej do pasa coraz większe ciężarki. Torturowany nabijał się powoli na ów bolec, aż umarł. Pozostał nieokrzesanym wieśniakiem, nie ceniącym zbyt wysoko życia ludzkiego. Ślepo słuchał rozkazów, nawet jeśli wymagały największego okrucieństwa. Szybko zwrócił uwagę generała Chakera i został przeniesiony do służb specjalnych. Jego zadaniem była likwidacja opozycjonistów. Dzięki temu wiele podróżował, sprawił sobie złoty rolex, a od czasu do czasu luksusową dziwkę. Zupełną bezkarność w Europie zapewniał mu dyplomatyczny paszport przedstawiciela OPEC w Wiedniu. Rozsmakował się w wystawnym życiu, jedwabnych koszulach i niemal zapomniał, że po raz pierwszy wykąpał się mając dwadzieścia pięć lat. Dwaj napastnicy Johna Mackenzie byli tylko zwykłymi zbirami.

Amerykanin usiłował opanować się. Nie przewidział zasadzki. Gdyby nie mgła, byłoby to niewykonalne w tłumie turystów. Spojrzał w oczy Araba i wyczytał w nich wyrok śmierci. Oblał go zimny pot.

— Puśćcie mnie! Oszaleliście?!

Ibrahim Kamel podszedł i oparł ostrze noża na brzuchu agenta. Był od niego niższy, bardzo krępy, miał cofnięte czoło i krótką brodę.

— Milcz, ty podły syjonisto!

Dokładnie zrewidował Johna i schował jego rzeczy do torby. Potem cofnął się, wykrzywiając twarz w okrutnym grymasie. Bezkarne mordowanie stanowiło najprzyjemniejszą część jego pracy. Rzucił rozkaz zbirom, którzy powlekli szamocącego się Johna. We mgle prawie nic nie widział, zdawał sobie jednak sprawę, że przepaść jest tuż obok. Jeden z napastników ogłuszył go potężnym ciosem w tył głowy. Kiedy się ocknął, leżał na płaskiej skale wiszącej nad stumetrową przepaścią. Chmury jeszcze tu nie zaszły i w dali widać było błękitną taflę Kónigsee. Pomyślał, że ma cień szansy wyjść z opresji z paroma złamaniami. Znów stanął przed nim Ibrahim Kamel.



10 из 182