
Amerykanin usiłował opanować się. Nie przewidział zasadzki. Gdyby nie mgła, byłoby to niewykonalne w tłumie turystów. Spojrzał w oczy Araba i wyczytał w nich wyrok śmierci. Oblał go zimny pot.
— Puśćcie mnie! Oszaleliście?!
Ibrahim Kamel podszedł i oparł ostrze noża na brzuchu agenta. Był od niego niższy, bardzo krępy, miał cofnięte czoło i krótką brodę.
— Milcz, ty podły syjonisto!
Dokładnie zrewidował Johna i schował jego rzeczy do torby. Potem cofnął się, wykrzywiając twarz w okrutnym grymasie. Bezkarne mordowanie stanowiło najprzyjemniejszą część jego pracy. Rzucił rozkaz zbirom, którzy powlekli szamocącego się Johna. We mgle prawie nic nie widział, zdawał sobie jednak sprawę, że przepaść jest tuż obok. Jeden z napastników ogłuszył go potężnym ciosem w tył głowy. Kiedy się ocknął, leżał na płaskiej skale wiszącej nad stumetrową przepaścią. Chmury jeszcze tu nie zaszły i w dali widać było błękitną taflę Kónigsee. Pomyślał, że ma cień szansy wyjść z opresji z paroma złamaniami. Znów stanął przed nim Ibrahim Kamel.
