
— Ostemplowała pani bilet powrotny na piątą. Ten autobus odjeżdża o czwartej. Wsiądzie pani, jeśli będzie wolne miejsce. Proszę poczekać.
Heidi liczyła wsiadających. Był wśród nich śledzący ją mężczyzna. Po chwili kierowca odezwał się:
— Niestety, nie ma już miejsca. Musi pani czekać. Aby uniknąć zamętu, po przybyciu na parking turyści określali przewidywaną godzinę powrotu. Niemiecki porządek…Heidi patrzyła z paniką, jak mijają ją trzy autobusy. Została sama. Dławił ją strach. Było jej zimno. Wszyscy czterej mężczyźni zniknęli, prawdopodobnie wsiedli do różnych autobusów. Nie mogła znieść myśli o ponad półgodzinnym oczekiwaniu na tym pustkowiu, wśród gęstniejącej mgły. Spojrzała na prowadzącą do doliny drogę. Miała sześć i pół kilometra, co oznaczało mniej więcej trzy kwadranse marszu. Zawsze to lepsze niż sterczenie na zimnym i wyludnionym parkingu. Ślizgając się po ośnieżonych odcinkach drogi, Heidi nie miała czasu delektować się wspaniałym pejzażem. Szła od dziesięciu minut i nie spotkała żywego ducha. Jeździły tędy wyłącznie autobusy, amatorzy pieszych powrotów byli raczej nieliczni. Czuła się idiotycznie w tym otoczeniu, ubrana w żółtą skórzaną mini i wysokie czółenka.
