Czterej Arabowie wślizgnęli się między oczekujących i otoczyli ją izolując od reszty turystów. Kiedy otwarły się drzwi kabiny, instynktownie rozepchnęła ich łokciami i wsunęła się do windy jako pierwsza. Przylgnęła do pary Amerykanów. Z walącym jak młot sercem czekała, aż zamkną się drzwi. Gdzie podziewał się John? Uczepiła się myśli, że poszedł za Badrem. Musiała sama wrócić do Intereck i tam poczekać na Amerykanina. Uchwyciła znów spojrzenie jednego z mężczyzn. Poczuła się tak, jakby pchnął ją sztyletem. Gdy otwarły się drzwi windy, wyskoczyła, trzymając się kurczowo dwojga Amerykanów. Nie oglądała się za siebie. Podeszła do grupy osób wsiadających do autobusu do Intereck. Potulnie czekała na swoją kolej. Podała bilet kierowcy, ale ten zwrócił go jej:

— Ostemplowała pani bilet powrotny na piątą. Ten autobus odjeżdża o czwartej. Wsiądzie pani, jeśli będzie wolne miejsce. Proszę poczekać.

Heidi liczyła wsiadających. Był wśród nich śledzący ją mężczyzna. Po chwili kierowca odezwał się:

— Niestety, nie ma już miejsca. Musi pani czekać. Aby uniknąć zamętu, po przybyciu na parking turyści określali przewidywaną godzinę powrotu. Niemiecki porządek…Heidi patrzyła z paniką, jak mijają ją trzy autobusy. Została sama. Dławił ją strach. Było jej zimno. Wszyscy czterej mężczyźni zniknęli, prawdopodobnie wsiedli do różnych autobusów. Nie mogła znieść myśli o ponad półgodzinnym oczekiwaniu na tym pustkowiu, wśród gęstniejącej mgły. Spojrzała na prowadzącą do doliny drogę. Miała sześć i pół kilometra, co oznaczało mniej więcej trzy kwadranse marszu. Zawsze to lepsze niż sterczenie na zimnym i wyludnionym parkingu. Ślizgając się po ośnieżonych odcinkach drogi, Heidi nie miała czasu delektować się wspaniałym pejzażem. Szła od dziesięciu minut i nie spotkała żywego ducha. Jeździły tędy wyłącznie autobusy, amatorzy pieszych powrotów byli raczej nieliczni. Czuła się idiotycznie w tym otoczeniu, ubrana w żółtą skórzaną mini i wysokie czółenka.



12 из 182