
— Musiałeś być śledzony — odezwał się podenerwowanym głosem. — Moja ochrona zauważyła podejrzaną parę. CIA albo syjoniści.
Opalone uda Heidi Ried przyciągały znacznie większą uwagę niż ruda czupryna jej partnera, Johna Mackenzie. Siedzieli na tarasie „Kehistein Haus” w gromadzie cieszących się ostatnimi promieniami słońca turystów, którzy ściągali tu dla pięknych pejzaży. Na niebie gromadziły się chmury i robiło się chłodno. Duży żółtodzioby wroniec przysiadł na stoliku Heidi, porwał kawałek sera i odleciał.
— Ach, jakież to malownicze! — bawarska para obok nich nie mogła wyjść z podziwu. Ptaki bez żenady wyjadały smakołyki z talerzy klientów. John oparł dłoń na ręce Heidi. — Nie zimno ci?
— Nie. Mam nadzieję, że te dranie zaraz wyjdą. Co zamierzasz?
— Potrzebne mi zdjęcie faceta, z którym spotkał się Farid Badr. Nie wiemy, kim jest.
— Nie możesz go śledzić?
— To zbyt niebezpieczne.
Heidi i John pracowali dla Wydziału Operacyjnego CIA. Mackenzie etatowo, po służbie w „zielonych beretach”, Ried dorywczo. Zwerbowała ją komórka w rodzinnym Wiedniu, gdzie pracowała jako dziennikarka. Ten zawód stanowił zresztą doskonały kamuflaż i nikt nie przypuszczał, że jest agentką CIA. Obie prace fascynowały ją, nie miała więc czasu ustabilizować życia prywatnego. Niezwykle kobieca, ubrana najczęściej w powiewne bluzki, przez które widać było koronkowe staniczki, w dopasowane spódniczki i czółenka na wysokich obcasach, fascynowała mężczyzn. W jej twarzy było coś z Madonny i łajdaczki zarazem. Spojrzenie dużych szarych oczu rzucało ich do jej stóp.
— Zobaczę, co z nimi — zaproponował John.
— Lepiej ja pójdę. Ty już tam byłeś.
Przeszła przez salę i serce w niej zamarło. Nikogo!
