
Pewnego popołudnia Mali nagrzała w pralni wielki żelazny kocioł wody. W czasie zimy pod koniec każdego tygodnia regularnie się myła w misce, czego prawie nikt inny z domowników nie robił. Ale teraz wyciągnęła wielką balię.
Pierwszym, który w niej wylądował, był Mały Sivert. Początkowo przyglądał się sceptycznie połyskującej wodzie, ale kiedy wreszcie do niej wszedł, niemal nie można go było stamtąd wyciągnąć. W końcu Mali musiała go wywabić z kąpieli za pomocą kawałka brązowego cukru. Okręciła chłopca wielkim ręcznikiem i energicznie wytarła do sucha. Zauważyła, że bardzo wyrósł w ciągu zimy. Trzymała teraz długie, krzepkie chłopięce ciało. Przeczesała palcami jego ciemne włosy i nagle zwróciła uwagę na mokre loki opadające na kark. Zrobiło jej się ciężko na sercu. Dokładnie tak samo wyglądały włosy Jo tamtego wieczoru na przystani. Zanurzyła twarz w czuprynie Małego Siverta i poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Przesunęła wargami po karku chłopca, pokrytym delikatnym puszkiem, i pocałowała go w czubek ucha. Skulił się w jej ramionach i roześmiał.
Tak długo tłumiła myśli o Jo, w każdym razie próbowała. Nic dobrego nie wynikało z ciągłego rozmyślania o nim – czuła się tylko jeszcze bardziej nieszczęśliwa, a przebrnięcie przez każdy dzień i każdą noc stawało się trudniejsze i bardziej bolesne. Życie we dworze nie szczędziło jej zmartwień, codziennie przynosiło nowe kłopoty. Jednak nie zapomniała o Jo. Nigdy go nie zapomni, ale usiłowała zrozumieć, że marzenia o Jo do niczego nie prowadzą. Przeżyła swoje dni pełne szalonego, niepojętego szczęścia. Niczego więcej nie mogła oczekiwać. Poza tym Jo znalazł inną kobietę, tak w każdym razie mówiła jego siostra. Właśnie świadomość tego sprawiała jej za każdym razem największy ból, lecz mimo to nie udawało się jej o tym nie myśleć. Obraz Jo i innej kobiety…
