
Z biegiem lat oddalali się z Sivertem od siebie. Przestał się o nią starać, przestał się niemal do niej odzywać. Ten dobry, pełen ciepła mężczyzna stał się daleki i milczący, i to za jej sprawą tak się zmienił. Odebrałam mu uśmiech i radość, przyznała w duchu. A teraz on nie żyje. Nigdy już nie powie mu, jak bardzo go kocha, nigdy nie będzie miała możliwości pogładzić go po pomarszczonej twarzy i poprosić o przebaczenie. Teraz jest za późno, bez względu na to, jak bardzo krwawiło jej serce.
Małemu Sivertowi w jakiś sposób udało się przełamać jej chłód. Pogodny, ufny chłopczyk ogrzał jej skute lodem serce. Pomyślała, że to chyba cud. To jakby po latach spędzonych na pustyni odnaleźć źródełko wody. Ale nawet względem wnuka starała się panować nad uczuciami, uważała, że nie może dopuścić, by ktokolwiek je zauważył. Ktoś mógłby uznać za słabość to, co naprawdę było miłością.
– Nie chciałam… Johan ma rację – odezwała się cichym głosem i wyciągnęła rękę do Mali. – To miło, że proponujesz mi pomoc. Mali, czuję, że nie będę dziś w stanie ruszyć się z tego fotela. Nie mogę wprost uwierzyć, że…
Johan i Mali popatrzyli na nią wielkimi ze zdumienia oczami. To u tej kobiety coś zupełnie nowego.
Nagle Beret utkwiła wzrok w Johanie.
– Czy jesteś pewien, że Sivert nie żyje? – spytała ochrypłym głosem. – Gdzie on jest? Chcę go zobaczyć.
Wstała i podeszła do drzwi.
– Leży jeszcze na saniach – odparł Johan, próbując zatrzymać matkę. – Zaraz go wniesiemy do domu i ułożymy w sypialni na poddaszu. Nie możesz teraz iść do stodoły, mamo. Wkrótce przyjdą parobcy, przyciągniemy sanie pod drzwi i wtedy…
