
– Ona nie wierzy mężczyznom – rzekł Jonas i stojąca za nim Lori roześmiała się szeroko.
– Mądra kobieta.
– Hej! – Jonas rozłożył ręce w wymownym geście. – A w co tu tak trudno jest uwierzyć?
We wszystko, pomyślała Emily, ale nie powiedziała tego głośno.
– Czy masz jeszcze coś pilnego, Em? – zapytał.
– Wieczorny obchód lekarski.
– To może poczekać. Na pewno masz przy sobie pa-ger.
– Oczywiście, że mam.
– A wiec zrobię z tobą ten obchód, a potem wieczór będzie już należał do nas – oznajmił uroczyście. – Nagłe wezwania są, naturalnie, poza dyskusją – dodał. – Czego więcej dwoje ludzi może jeszcze pragnąć?
Rzeczywiście, czego?
Zjedli kolację w wyjątkowo pięknym, cichym zakątku nad brzegiem morza i chociaż Emily po śmierci Charliego bardzo pragnęła samotności, obecność Jonasa jej nie przeszkadzała.
Siedzieli na plaży zapatrzeni w odległą linię horyzontu, zza którego powoli wyłaniała się blada twarz księżyca.
To najpiękniejsze miejsce na ziemi, pomyślała Emily. Charlie bardzo je kochał.
I nagle śmierć Charliego stała się taka realna.
– Bardzo go kochałaś – szepnął w pewnej chwili Jo-nas i delikatnie nakrył dłonią jej rękę.
– Tak, bardzo – odparła. – Od śmierci dziadka staliśmy się sobie jeszcze bliżsi. Charlie zawsze był moim najlepszym przyjacielem, a po śmierci dziadka został mi już tylko on.
– Kiedy zmarli twoi rodzice?
– Kiedy byłam bardzo mała. Zginęli tak jak rodzice Robby'ego. W wypadku.
– To dlatego czujesz taką więź z Robbym? Dziwne, nigdy jej to nie przyszło do głowy, ale teraz pomyślała, że to może być prawda.
– Tak sądzę – odparła.
– Tylko że on nie ma ani dziadka, ani Charliego, którzy by go kochali.
– Być może ja miałam szczęście.
– Na to wychodzi. – Wstrząsnął zawartością butelki i nalał trochę wody sodowej do kubka. – Szkoda, że ich nie znałem.
– Szkoda. Obaj byli niesamowici – powiedziała i nagle jej zmęczone szare oczy uśmiechnęły się do wspomnień. – Stanowili dobraną parę starych, podstępnych diabłów, gotowych do każdego fortelu, ale wychowali mnie dobrze.
