— Od urodzenia. Ktoś mnie zostawił na stopniach domu dla podrzutków.

Spostrzegł, że odpowiadając równym głosem na jego pytania, wpatruje się dość intensywnie w talerz, a jej rumieniec jeszcze się pogłębił. Czyżby krępowało ją przyznanie się do swojego pochodzenia? Musiała się już przyzwyczaić przez tyle — zaraz, ile ona miała? — dwadzieścia cztery lata. Nonsens, jasne, że się przyzwyczaiła.

— Ale na swoim pierwszym podaniu napisała pani, że jej rodzice nazywają się Thomas i Mary Gresham.

Wednesday przestała jeść i bawiła się szklanką z wodą.

— To takie starsze małżeństwo, które mnie adoptowało — odrzekła bardzo cicho. — Umarli, kiedy miałam piętnaście lat. Nie mam żyjących krewnych.

— O których by pani wiedziała — uściślił, podnosząc ostrzegawczo palec.

Ku wielkiemu zdziwieniu Fabiana, dziewczyna zachichotała. Zabrzmiało to bardzo dziwnie i Fabian stracił nieco pewności siebie.

— Rzeczywiście, panie Balik. Nie mam żyjących krewnych, o których bym wiedziała. — Obejrzała się nieznacznie i powtórnie zachichotała. — O których bym wiedziała — szepnęła sama do siebie.

Fabian z rosnącą irytacją czuł, że ta rozmowa wymyka mu się spod kontroli. Nieznacznie podniósł głos.

— W takim razie, kim jest doktor Morris Lorington? Znów słuchała go z uwagą. Ale spod słów przebijała wielka ostrożność.

— Doktor Morris Lorington?

— Tak, człowiek, którego poleciła pani zawiadomić w razie wypadku. Gdyby coś się pani przydarzyło podczas pracy.

Uzbroiła się w jeszcze większą ostrożność. Oczy zamieniły się w szparki, przez które przyglądała mu się uważnie: zaczęła trochę szybciej oddychać.

— Doktor Lorington to mój stary przyjaciel. Był… był lekarzem w sierocińcu. Po tym, jak adoptowali mnie państwo Gresham, chodziłam do niego, kiedy tylko… — Mówiła coraz ciszej, aż całkiem urwała.

— Kiedy potrzebowała pani opieki medycznej? — podpowiedział jej Fabian.



3 из 22