
— Ale brałam urlop wczesną wiosną — przypomniała mu całkiem opanowanym głosem. — Co w tym złego, panie Balik? Dzięki temu nie było kłótni z dziewczętami, a firma miała pewność, że jedna sekretarka będzie na miejscu przez całe lato.
— Nie ma w tym per se nic złego. Mówiąc to — wyjaśnił cierpliwie — chciałem zaznaczyć, że jako taki układ ten nie jest niczym złym. Ale prowadzi to do nieporozumień i bałaganu organizacyjnego. A na nieporozumienia, panno Gresham, na nieporozumienia i na bałagan organizacyjny nie ma miejsca w dobrze prowadzonym biurze.
Z satysfakcją spostrzegł, że znów jest niespokojna.
— Czy to znaczy… czy chce mi pan powiedzieć, że… że możecie mnie zwolnić?
— Wszystko jest możliwe — powiedział Fabian, nie uważając za stosowne dodać, że jest to nadzwyczaj mało prawdopodobne w przypadku sekretarki z jednej strony tak pracowitej, a z drugiej tak niewinnej, jak Wednesday Gresham. Dokładnie odkroił pomarańczowy pasek tłuszczu od porcji rostbefu i mówił dalej. — Proszę spojrzeć na to z mojej strony. Co by się działo, gdyby każda pracownica prosiła o dodatkowy tydzień bezpłatnego urlopu — choćby nawet i, z konieczności, bezpłatnego? A potem co parę lat chciała jeszcze nadprogramowo miesiąc urlopu? Co by to było za biuro, panno Gresham? Bo że nie dobrze prowadzone, to jestem pewien.
Żując kawałek rostbefu z niezbędną przy tym sumiennością, obserwował rysujące się na jej twarzy wewnętrzne zmagania i gratulował sobie w duchu, że nie musi tego typu argumentów przedstawiać osobie bardziej wygadanej, jak na przykład Arletcie Stein. Dobrze wiedział, co by mu natychmiast odpaliła ta piersiasta, trzydziestoparoletnia wdówka: „Ale nie każda pracownica o to prosi, panie Balik”. Dla Stein wyśmianie jego sofistyki to tyle, co pstryknięcie palcami.
