
— Czy ma pani jeszcze jakieś… To znaczy, czy ma pani inne niezwykłe… Tam, do licha! Czy jest coś jeszcze? Wednesday zastanowiła się.
— Jest. Ale jeśli nie ma pan nic przeciwko, to wolałabym… Fabian uznał, że nie może tego tak zostawić.
— Niech pani posłucha, panno Gresham — rzekł miękko. — Po co mamy przed sobą udawać? Nie musiała mi pani nic mówić, ale uznała pani, z własnej woli, z sobie tylko znanych powodów, że powinna tak zrobić. Teraz więc muszę nalegać, aby powiedziała mi pani wszystko, niczego nie pomijając. Jakie jeszcze ma pani problemy?
Podziałało. Skuliła się nieco, potem znów wyprostowała i zaczęła:
— Przepraszam pana, nigdy bym nie śmiała… udawać czegokolwiek przed panem. Jest całe mnóstwo innych rzeczy, ale one mi nie przeszkadzają w pracy, naprawdę. Na przykład rosną mi na paznokciach takie drobniutkie włoski. O, widzi pan?
Fabian spojrzał na wyciągniętą na stoliku rękę. Na każdym paznokciu z twardej, błyszczącej warstwy lakieru wystawało kilka niemal mikroskopijnych włosków.
— Co jeszcze?
— No, mój język. Pod językiem mam parę włosów. Ale nie przeszkadzają mi. Nie łaskoczą mnie ani nic. I jeszcze ten… ten…
— Tak? — Nie wytrzymał. Kto by pomyślał, że ta mała, niepozorna Wednesday Gresham…
— Pępek. Ja nie mam pępka.
— Nie ma pani czego? Ależ to niemożliwe! — wybuchnął. Poczuł, że okulary zsuwają mu się z nosa. — Każdy ma pępek! Każdy, kto żyje… każdy, kto się urodził!
Wednesday kiwnęła z rozpaczą głową. Jej wielkie oczy błyszczały nienaturalnie.
— Może właśnie… — zaczęła i nagle niespodziewanie wybuchnęła płaczem. Zakryła twarz rękami i szlochała, łkała spazmatycznie, gwałtownie rzucając szczupłymi ramionami. Skonsternowany Fabian przyglądał się temu bezradnie. Nigdy, jeszcze nigdy w życiu nie siedział obok płaczącej dziewczyny w wypełnionej ludźmi restauracji.
— No już, panno Gresham… Wednesday — wykrztusił i z niezadowoleniem usłyszał we własnym głosie ton paniki. — Nie ma o co płakać. Prawda, że nie ma o co płakać? No… Wednesday.
