Bailey był jednym z genialnych wariatów Rynna – bardzo miłym, choć szalonym. Kiedy ogarniała go twórcza wena, nakładał swój kąpielowy płaszcz, który, jego zdaniem, przynosił mu szczęście. Nikt na to nie zwracał uwagi, nawet Molly bardzo szybko się do tego przyzwyczaiła. Bailey nie rozmawiał nigdy z obcymi, bo, zdenerwowany, zaczynał się jąkać – i teraz też z trudem starał się wytłumaczyć Flynnowi, dlaczego wpuścił tę damę.

Molly słyszała jego słowa, ale ich treść nie docierała do jej świadomości. To wszystko było takie dziwne.

Kobieta upuściła na podłogę paczkę pieluszek, a potem, wyczerpana, postawiła na podłodze dziecko, które wreszcie wolne, przestało krzyczeć i opadło na czworaki.

– Co, u licha…? – Flynn zupełnie nie mógł się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi. Niełatwo było go zdziwić, ale teraz z ogromnym zainteresowaniem przypatrywał się kobiecie, nie wiedząc, co kryje się za jej przybyciem.

Gdy kobieta wyprostowała się, Molly ujrzała jej twarz. Złote włosy opadały jej na ramiona, czerwony sweterek opinał pełne piersi, obcisłe dżinsy ukazywały kilometry szczupłych nóg. Jej twarz byłaby piękna, gdyby nie ciemne sińce pod oczami i głębokie zmarszczki wokół ust.

– Lepiej nic nie mów, Flynnie McGannon! I nie udawaj, że mnie nie poznajesz. – Albo zmęczenie, albo nerwy sprawiły, że głos kobiety był przenikliwy i ostry. Molly zauważyła staranny makijaż, który nie mógł ożywić zmęczonej twarzy.

– Niczego nie udaję. Ale naprawdę nie wiem… – Flynn wpatrywał się w nią, usiłując sobie coś przypomnieć.

– Virginia – rzekła krótko. – Tuscon. Odejmij trzynaście miesięcy – tyle ma twój syn i jeszcze dziewięć, przez które go nosiłam, a może sobie przypomnisz. Ty byłeś ze znajomymi, ja też. Ale po przyjęciu znaleźliśmy się u mnie. Tego wieczoru dużo piłeś. Niestety, pamiętam to lepiej niż ty. Byłeś dobry, łajdaku. Ale żaden facet nie jest wart tej ceny.



10 из 114