
Tylko Flynn patrzył na nią inaczej. Jak na soczysty kąsek do schrupania. To było czyste szaleństwo, ale przy nim nie potrafiła myśleć normalnie. Zresztą nie było ważne w tej chwili, jaki on jest naprawdę. Liczyło się tylko to, jakie uczucia w niej obudził.
Była w nim zakochana od paru miesięcy, choć nie przyznawała się do tego nawet przed sobą. Tłumaczyła to reakcją hormonów, zainteresowaniem ciekawą osobowością, z którą ma okazję spotykać się na co dzień. Określała to, co się z nią dzieje, w przeróżny sposób, omijając to jedno słowo, którego się bała, a które najbardziej odpowiadało prawdzie.
Uniosła rękę. Jej palce prawie dotknęły szyi Flynna.
Zauważył to. Złośliwy uśmieszek zniknął z jego warg. Twarz mu spoważniała. A Flynn bardzo niewiele rzeczy traktował poważnie. Wpatrywał się w nią z napięciem. Ten pocałunek będzie zupełnie inny, pomyślała. Przedtem istniał zawsze jakiś margines bezpieczeństwa. Teraz go już nie będzie. Molly czuła, że jej serce bije głośno i pospiesznie.
Nagle usłyszała płacz niemowlęcia.
Cofnęła się i w tej samej chwili do gabinetu Flynna wtargnęła jakaś kobieta. Nie sama zresztą, bo z dzieckiem – może rocznym, które kręciło się na wszystkie strony, głośno oznajmiając światu swoje niezadowolenie. Kobieta była wzburzona i wściekła, próbując utrzymać kręcące się dziecko, torebkę i torbę z dziecięcymi rzeczami.
– Flynn, niech cię diabli! Nie chcieli mnie nawet wpuścić do ciebie. Musiałam się tutaj wedrzeć siłą, uciekając przed jakimś wariatem w płaszczu kąpielowym.
Molly zamarła. Flynn odwrócił się gwałtownie. Tuż za kobietą wpadł do gabinetu Bailey. Jego twarz była purpurowa i – rzeczywiście – miał na sobie szlafrok nałożony na ubranie.
