Molly zamarła. Nie chciała wierzyć tamtej kobiecie. Virginia była zdenerwowana, nie panowała nad sobą. Z pewnością nie była wiarygodna. Ale wygląd Dylana zmieniał wszystko. Nie mogła zaprzeczyć, że między Flynnem a Dylanem istniało duże podobieństwo.

Dziecko spojrzało na nią z zainteresowaniem.

– Cześć, malutki, cześć, Dylan…

– Zabierzesz go stąd, dobrze? – nerwowo dopytywał się Bailey.

– Jeśli pozwoli mi się wziąć na ręce. Nie chcę działać zbyt szybko, by go nie przestraszyć. Na litość boską, przecież on mnie nie zna. Prawda, malutki? – mówiła cichym głosem, próbując się uśmiechnąć.

Chłopczyk odpowiedział uśmiechem, ukazując dwa śliczne białe ząbki i buzię pełną przeżutego papieru.

– Czy pozwolisz mi wyjąć papier?

Uśmiech zniknął, a buzia dziecka zamknęła się błyskawicznie.

– Już dobrze, dobrze. Nie mówmy na razie o tym. A może pójdziesz ze mną? Pokażę ci moje biuro, jedyne normalne miejsce w tym chaosie. A może w kuchni znajdziemy herbatniki? Pójdziesz z Molly?

– Dylan pójdzie z Molly – podpowiedział z naciskiem Bailey.

Dylan uśmiechnął się do Molly, potem do Baileya, uniósł pupę i powędrował na czworakach w przeciwnym kierunku.

Molly pomyślała przelotnie, że na tym świecie jest jeszcze tylko jeden człowiek z tak przewrotnym charakterem, i ruszyła za małym rudzielcem.

Minęło ponad pół godziny, nim Molly usłyszała pukanie do drzwi swego biura. Flynn musiał wreszcie ją odnaleźć, choćby ze względu na dziecko. Nie wiedziała tylko, ile czasu mu zajmie rozmowa z matką małego… a raczej próba rozmowy. Siedziała za biurkiem, gdy Flynn wsunął głowę do środka.



17 из 114