Dylan był bezpieczny. Molly zabrała jego pieluszki, przyniosła koc z pokoju wypoczynkowego, kubek mleka z kuchni i herbatniki, które zachęciły malca do wyplucia przeżutego papieru. Łobuziak jeszcze parę minut raczkował po jej pokoju, a potem zwinął się w kłębek na kocu i zasnął.

Flynn musiał go zauważyć, bo choć poruszał się po pokoju bardzo szybko, ani razu nie nadepnął na koc.

– Muszę natychmiast zrobić parę rzeczy. Po pierwsze: zatelefonować do adwokata. Potem sprawdzić, jacy pediatrzy pracują w tym mieście. A może powinienem też skontaktować się ze swoim lekarzem… do diabła, nawet nie wiem, jakie badania powinienem zrobić, aby ustalić ojcostwo.

– Flynn!

– Co? – Zatrzymał się nagle i spojrzał na nią z uwagą. Molly miała czas, żeby nieco ochłonąć, by zebrać siły, przywołać zdrowy rozsądek i odsunąć na bok emocje. Ale nie potrafiła patrzeć na pustkę w oczach Flynna. Zwykle reagował na wszystko bardzo gwałtownie, ale nigdy w ten sposób. Nawet w najtrudniejszych chwilach jego oczy nie były tak zupełnie pozbawione wyrazu.

– Uważam, że masz rację, mówiąc o tym wszystkim, ale są jeszcze ważniejsze rzeczy do zrobienia – zaczęła cicho.

– Jakie? – Flynn uniósł brwi.

– Dziecko, McGannon. Dziecko potrzebuje jedzenia, pieluszek i ubrania.

– Molly… – Flynn opadł na krzesło po drugiej stronie biurka. Wpatrywał się w nią swymi niebieskimi hipnotyzującymi oczami. – Ja tego nie potrafię. Nigdy nie miałem do czynienia z dziećmi. Nie mam pojęcia, co kupić, czego ono potrzebuje…

– Ja również. Co to, to nie, Flynn.

– Nie? Przecież cię o nic nie prosiłem.

– Ale miałeś taki zamiar. Zajęłam się nim trochę i cieszę się, że mogłam ci pomóc. Ale to, że jestem kobietą, nie czyni ze mnie eksperta w opiekowaniu się małymi dziećmi. Ja również nie miałam z nimi do czynienia. I wiem o nich tyle samo, co ty.



19 из 114