
– Powinnaś wiedzieć więcej – wymruczał Flynn i przesunął dłonią po włosach. – Każdy wie o nich więcej niż ja. Nawet liść na drzewie. Beton. Mam na biurku stos papierów, nie skończone projekty, telefon dzwoni bez przerwy… Jak mam to wszystko rzucić i zająć się dzieckiem…
– Flynn – rzekła cicho, ale stanowczo. – Spójrz na niego. Ale on nie patrzył na dziecko. Spoglądał na nią tymi niesamowitymi oczami, w których było tyle siły i charyzmy. A jednocześnie tyle lęku, że jato rozbrajało.
– Wiem, że to nie twoja sprawa, Molly – powiedział z wahaniem. – Ale nie wiem, kogo jeszcze mogę prosić o pomoc. Przynajmniej dopóki się nie zastanowię, co z tym zrobić.
Molly westchnęła. Nie wyobrażała sobie, żeby Bailey albo Simone potrafili rozwiązać to zagadnienie.
– No cóż. Mały teraz śpi. Wiem, że musisz skontaktować się z kilkoma osobami i jakoś uporządkować pewne sprawy. Mogę tu zostać, zanim się obudzi.
Flynn nie ruszył się. Patrzył na nią tym bezradnym wzrokiem, aż Molly uniosła ze zniecierpliwieniem ręce.
– Dobrze, dobrze. Potem pójdę z tobą po zakupy. Może ci być trudno robić je z dzieckiem. Ale z góry ostrzegam. Niczego ci nie doradzę. Nic nie wiem! Jedyne, co mogę wymyślić, to kupno podstawowych rzeczy potrzebnych dla niemowlaka.
Niech to diabli, pomyślała. Pewnie Flynn tego chciał – żeby zaoferowała mu pomoc. Ale mimo że to zrobiła, nie wyglądał ha zadowolonego. Nieustannie popadał w najdziwniejsze kłopoty, ale nie robiło to na nim dotąd wrażenia.
– Jesteś na mnie zła, prawda? Inaczej na mnie patrzysz, inaczej ze mną rozmawiasz. To ona cię zdenerwowała.
– Lepiej nazywaj ją po imieniu. Virginia, a nie ona. To matka twojego dziecka i wypadałoby choć to pamiętać.
– Nie jestem jego ojcem – rzekł cicho, ale wyraźnie.
– Spójrz na dziecko, a zmienisz zdanie – powiedziała jeszcze raz.
Nie posłuchał jej.
– Nieważne, co powiedziała… ani co ty myślisz… nigdy nie zachowałem się nieodpowiedzialnie wobec kobiety. Nigdy! Mam powody, by się z żadną nie wiązać i nigdy nie mieć dzieci. Nie mówię, że jestem świętym, ale, Molly, nigdy bym nie podjął takiego ryzyka. Proszę, uwierz mi.
