
– Wierzę ci. To przecież Virginia przyznała, że zapomniała wziąć pigułki…
– Pamiętam, co powiedziała. Słyszałem każde cholerne słowo z tego, co mówiła.
– McGannon… – Molly nie rozumiała, o co mu chodzi, czego od niej oczekuje. – Posłuchaj, teraz nie czas, by o tym mówić. Musisz się jakoś pozbierać. Nie wiem, jak długo potrwa drzemka małego, ale każda chwila jest cenna. Spróbuj załatwić, co możesz.
Wydawało się, że Flynn chce się jej sprzeciwić. Ale nie zrobił tego. Podniósł się z krzesła i wyszedł. Molly ścisnęła palcami skronie i popatrzyła na śpiące dziecko.
Zachowanie Flynna zaskoczyło ją. Zazwyczaj w trudnych sytuacjach jej szef ciskał się, wrzeszczał, bo taki miał styl bycia i natura wyposażyła go w tak ogromny temperament. Uwielbiał wyzwania. Im trudniejsza była sprawa, tym bardziej się do niej zapalał.
Ale nie tym razem. Każdy mężczyzna doznałby szoku, gdyby nagle w jego życiu pojawiło się dziecko, ale tu… kryło się coś więcej. Głos Flynna był zimny, twarz kamienna, gdy mówił, że istnieją powody, dla których nie chce mieć dzieci. Musiało się za tym kryć coś bolesnego. Molly żałowała, że nie wie, co. Flynn nigdy nie mówił nic o sobie, nigdy nie przyznał się do niczego. To, że był z nią szczery aż do bólu, znaczyło, że był bardzo wstrząśnięty.
Ona też tak się czuła. Przeżyła wstrząs. Była w Rynnie zakochana, mocno i boleśnie. Aż do tej chwili nie wiedziała, że taki był jego stosunek do ojcostwa. Jak można kochać człowieka, który nie pragnie dziecka i nawet nie spojrzy na tę cudowną twarzyczkę wtuloną w kocyk?
Chyba go jednak nie znała. Podobał jej się… no i wiedziała, że jest impulsywny i niebezpieczny. Urok, jaki roztaczał, niekoniecznie oznaczał, że był dobrym materiałem na męża. Mimo to nie mogła uwierzyć, że mógł się tak zachować. A może nie chciał postępować inaczej. Traktował każdą znajomość jak zabawę.
