
Wkrótce krajobraz stał się bardziej otwarty. Zbocza wzgórz porastały teraz dęby, a w miarę, jak posuwali się naprzód, spotykali coraz więcej osik i olch.
Zbliżali się do wybrzeża.
Kolgrim skierował konia na wąską ścieżkę, wiodącą do szopy przy nabrzeżu. Tam zeskoczył z siodła i pomógł bratu zejść na ziemię.
– O! – wykrzyknął Mattias. – Przecież to morze! W oddali, wśród wzgórz i skał, migotały w słońcu wody fiordu.
– Oczywiście, że morze – odparł Kolgrim. – Tylko w morzu ryby tańczą. Są ogromne i nazywają się delfiny. Chodź, mam tutaj łódź!
– Masz łódź? – pytał Mattias, wytrzeszczając oczy, podczas gdy Kolgrim przywiązywał konia do drzewa.
– Jasne. Tam jest schowana.
Kolgrim obmyślił wszystko starannie. Wiedział, że przy brzegu ukryta jest rzadko używana mała tratwa.
Wskoczyli na nią niej obydwaj. Kolgrim przeciął kamieniem linę, którą była przycumowana, i zaczął wiosłować. Nieważne, kto był jej właścicielem. Z lądu, zza gęstych olszynowych zarośli, i tak nikt by ich teraz nie zobaczył.
Wiosła przyjemnie pluskały w wodzie. Mattias wychylał się i obserwował rozchodzące się na powierzchni kręgi.
Kolgrim nie chciał za bardzo odpływać, żeby nie mieć potem zbyt daleko do domu, więc poruszał wiosłami powoli, usypiająco. Mały Mattias wkrótce skulił się, a jego powieki stawały się ciężkie, coraz cięższe.
– Odpoczywaj sobie – przeciągle, hipnotyzująco powiedział starszy brat. – To jeszcze spory kawałek. Obudzę cię, jak nadejdzie pora.
Mattias przytaknął cicho i ułożył się wygodniej.
Kiedy dopłynęli do cypla, za którym fiord łączył się z otwartym morzem, Kolgrim złożył ostrożnie wiosła i pozwolił tratwie sunąć w kierunku lądu. Sprawdził, czy mały śpi mocno, po czym daleko odrzucił wiosła i patrzył, jak odpływają. Sam bezszelestnie zszedł na ląd, a potem z całej siły, choć z największą ostrożnością, odepchnął tratwę od brzegu. W swoich rachubach brał pod uwagę także falę przyboju i teraz z zadowoleniem patrzył, jak tratwa nieubłaganie dryfuje ku otwartemu morzu.
