
Nie dostrzegał na niej najmniejszego nawet ruchu.
Co sił w nogach pognał wzdłuż brzegu do szopy, gdzie czekał na niego przywiązany koń.
Trudno powiedzieć, co to za instynkt sprawił, że umysł jego przenikała szalona myśl: „Nie zabiłem go! Tego nie zrobiłem!”
Musiała to być jakaś reminiscencja z dzieciństwa. Ślad po opowiadaniu Cecylii o wielkim czarowniku, to znaczy o Szatanie. O tym, co on lubi i czego nie lubi, żeby mali chłopcy robili.
Nie ma innego wytłumaczenia dla tego wymyślonego przez Kolgrima „ludzkiego” sposobu pozbycia się nie chcianego brata.
Po południu wrócił do domu, do szalejącej z niepokoju rodziny.
– Kolgrim, nie widziałeś Mattiasa? – zapytała Liv.
Chłopiec zeskoczył z konia. W ręce trzymał małą paczuszkę.
– Mattiasa? Nie. Przez cały dzień byłem w Christianii.
– Ale rano?
– Rano to on spał.
Twarz Kolgrima nigdy nie była bardziej szczera.
– Prawda – przypomniał wszystkim Tarald. – Jadł z nami śniadanie. Dopiero potem zniknął. A wtedy Kolgrim był już daleko stąd.
Twarz Irji była martwa, skamieniała.
– Ale Mattias brał ze sobą kanapki. Dla dwóch osób, jestem tego pewna!
– Jak możesz być tego taka pewna? – zapytał Tarald.
– Ponieważ poznałam sposób, w jaki Mattias smaruje chleb. Zostawia resztki masła na trzonku noża. Wziął chleba i wędliny dla co najmniej dwóch osób.
– Gdzie jest dziadek? – zapytał Kolgrim.
– Chodzi po okolicy i szuka. My wszyscy szukaliśmy przez cały dzień – wyjaśniła Liv, patrząc na niego z przerażeniem.
