
Któregoś dnia Kolgrim pozwolił sobie na śmiech z jakiegoś błahego powodu. Wtedy Irja rzuciła się na niego jak furia, zaczęła go szarpać i potrząsać nim.
– Cieszysz się! – krzyczała przejmująco. – Cieszysz się, bo się nareszcie pozbyłeś brata i będziesz mógł teraz sam wszystko zagarnąć!
Irja nawet nie wiedziała, jak bliska jest prawdy. Myliła się tylko w tym, co Kolgrim chciał odziedziczyć.
Chłopiec szarpnął się, przepełniony nienawiścią.
– Puść mnie, ty wstrętna babo! – wysyczał, mrużąc swoje kocio żółte oczy. Po czym jeszcze bardziej zniżył głos i niemal wycharczał: – Teraz się zdradziłaś! Nigdy cię nic nie obchodziłem, tylko ten twój ukochany synuś!
Liv przerwała mu ostro:
– Głupstwa wygadujesz! Żadne dziecko wychowywane bez matki nie miało więcej miłości niż ty u nas. Wszyscy otaczaliśmy cię miłością. Lubią cię wszyscy, od twego dziadka, asesora, do najmłodszego chłopca stajennego. Zawsze cię lubili i rozpieszczali. Dziadek i ja modliliśmy się o twoje życie, kiedy zaraz po urodzeniu byłeś zbyt… słaby, by móc żyć. Pragnęliśmy cię mieć i kochamy cię, a Irja chyba najbardziej! Nie przypuszczam, by twoja biedna matka Sunniva umiała bardziej cię kochać. To powinieneś wiedzieć!
Irja opanowała się natychmiast.
– Wybacz mi, Kolgrimie. Ja już naprawdę nie wiem, co mówię.
– O, idź do diabła! – parsknął Kolgrim tak cicho, że tylko Irja mogła to słyszeć, i ruszył w swoją stronę.
Liv jednak żywiła pewne podejrzenia. Napisała do Cecylii. O bezgranicznej rozpaczy całej rodziny. O tej ostatniej, szybko topniejącej nadziei, że Mattias może jeszcze żyje. Może leży gdzieś bezradny, a oni nie zdążą pomóc mu na czas.
Czy mogłabyś przyjechać do domu, najdroższa Cecylio! – kończyła Liv. – Mamy coraz poważniejsze podejrzenia, że Kolgrim coś wie. Ty jedna umiałaś zawsze go poskromić. Bądź tak dobra, kochanie! Nasz ukochany mały Mattias zniknął przed pięcioma tygodniami, nerwy zaczynają Irję zawodzić, a my wszyscy też nie jesteśmy już w stanie znosić dłużej tej udręki.
