
Intuicyjnie wyczuwał, do kogo najlepiej się zwrócić. Do jednego z tych mniej uzdolnionych w rodzinie…
Następnego dnia pojawił się jakby nigdy nic na podwórzu w Lipowej Alei.
– Hej – powitał go dobrodusznie Are. – Wyszedłeś na przechadzkę?
– Chciałem poprosić Branda, żeby mi coś zreperował.
On jest taki silny.
– A ja nie jestem silny?
– Nie taki jak Brand.
Are roześmiał się.
– Widziałaś, Meta? Dostałem po nosie.
Meta pokręciła głową. Była teraz chuda i kanciasta, wiek nie dodawał jej krągłości. Wciąż dręczyły ją bóle żołądka i nigdy nie uwolniła się od smutku po śmierci Tronda. Był przecież jej ulubieńcem.
Spoglądała za odchodzącym Kolgrimem.
– Nie wiem czemu, Are, ale na widok tego chłopca zawsze czuję zimny dreszcz na plecach.
– Głupie gadanie! Rozwinął się przecież wspaniale!
– Tak myślisz? – mruknęła Meta.
Kolgrim znalazł Branda na polu, gdzie uprawiano groch. Po paru wstępnych mało ważnych zdaniach zapytał jakby od niechcenia:
– Czy ty widziałeś kiedyś tajemny skarb Ludzi Lodu?
Brand, opanowany, przysiadł na miedzy. Miał teraz dwadzieścia cztery lata, był duży i ciężki jak niedźwiedź. Więcej dzieci, oprócz syna Andreasa, on i Matylda nie mieli, lecz za to Andreas był dzieckiem, z którego wszyscy mogli być dumni, i ojciec, i dziadek. Wszyscy.
– Nie, nigdy nie widziałem tego skarbu. Myślę, że ma go Tarjei.
Kolgrim siedział jak mała sowa u boku najmłodszego kuzyna swego ojca.
– Z czego on się właściwie składa, ten skarb?
– Nigdy nie słyszałeś tej historii?
– Tylko częściowo, jakieś urwane zdania. Nie wiem, dlaczego wszyscy inni mogą znać tę historię, tylko ja nie.
Rzeczywiście, wszyscy byli zawsze ostrożni; uważali, żeby nie powiedzieć Kolgrimowi za dużo.
Brand wciągnął głęboko powietrze przez nos.
– Trond i ja zawsze uważaliśmy, że jesteś traktowany niesprawiedliwie, Kolgrim. Ty bardziej niż ktokolwiek inny powinieneś znać sagę o Ludziach Lodu.
