
– Zrobię, jak mówisz – obiecał Mattias o czystym sercu.
Następnego dnia Kolgrim zapytał Taralda jakby nigdy nic:
– Ojcze, czy mógłbym jutro pojechać konno do Christianii? Kiedy byliśmy tam ostatnio z dziadkiem, widziałem piękną broszkę ze srebra. Bardzo bym chciał kupić ją babci Liv, żeby ładnie wyglądała w kościele w dniu świętego Olafa.
Tak naprawdę Kolgrima kościół nic nie obchodził. Od czasu do czasu musiał do niego chodzić, ale przeważnie znajdował jakiś na pozór ważny powód, by zostać w domu.
Poruszony troskliwością syna Tarald zapytał:
– Ale czy ciebie na to stać, Kolgrimie?
– Mam oszczędności – odparł chłopiec z tajemniczym uśmiechem.
– Niech mnie kule, to nieźle! Nie musisz jednak jechać sam. Może ja mógłbym wziąć sobie wolne…
– Ojcze, ja mam dwanaście lat! Dobrze jeżdżę konno, wiesz o tym. Złodziei i innych przestępców też się potrafię wystrzegać.
Tak, Tarald wiedział o tym. Trochę co prawda niechętnie, ale w końcu się zgodził.
Następnego ranka Kolgrim pomachał ręką zaniepokojonej rodzinie i wyruszył w stronę Christianii.
Gdy tylko znalazł się w takiej odległości od Grastensholm, że nie mógł już być widziany z dziedzińca, zboczył z głównej drogi i sobie tylko znanymi leśnymi ścieżkami okrążał parafię.
W jakiś czas potem zatrzymał się, wciąż siedząc na koniu, pod wielkim dębem i patrzył, jak przez łąki zmierza ku niemu mały chłopczyk, spiesząc się, by zdążyć na czas.
Fala zimnego spokoju spłynęła do serca Kolgrima.
– Udało mi się – sapał zdyszany Mattias.- Nikt mnie nie widział. Trochę się bałem, bo mówiłeś, że jedziesz do Christianii, i myślałem, że może cię tu nie będzie. Ale jesteś – cieszył się malec. Natychmiast jednak zmartwienie odmalowało się na jego buzi. – Tylko ja tak nie lubię kłamać mamie.
– Pytała cię o coś? – krzyknął Kolgrim ostro.
– Nie, ale nic nie powiedzieć to prawie tak samo jak kłamać. Tak to czuję.
