
LaManche pokazał dokumenty i strażnik pozwolił nam wjechać, wskazując, byśmy zaparkowali za niebieską furgonetką ekipy zabezpieczającej miejsce zbrodni. Czarny napis na niej głosił: ODDZIAŁ IDENTYFIKACJI SĄDOWEJ. Ekipa była już na miejscu. Chłopcy od podpaleń też, jak sądziłam.
Założyliśmy czapki i rękawice i wyszliśmy z samochodu. Niebo miało kolor lazurowy, śnieg, który spadł tej nocy, błyszczał w słońcu. Powietrze było, kryształowe i wszystko widać było ostro i wyraźnie. Samochody, budynki, drzewa i słupy telegraficzne rzucały ciemne cienie o ostrych konturach, jak obrazki na kontrastowym filmie.
Rozejrzałam się. Podjazd prowadził do grupy budynków, na którą składały się nietknięty garaż, teraz czarne zgliszcza domu i mała przybudówka, wszystkie w tanim stylu alpejskim. Wydeptane w śniegu ścieżki trójkątnie łączyły te trzy miejsca. Wokół pozostałości domu rosły sosny, ich gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu. Na jednej z nich dostrzegłam wiewiórkę, która po chwili zniknęła w czeluści dziupli. Poruszony śnieg spadł na ziemię, znacząc białą powierzchnię pod drzewem.
Wysoki dach domu pokryty był czerwonopomarańczowymi dachówkami, teraz ciemnymi i przysypanymi śniegiem. Ta część fasady, która nie spłonęła, otynkowana była w kolorze kremowym. Okna straszyły czarnymi i pustymi otworami, strzaskanymi szybami i turkusowym obramowaniem spalonym i brudnym od sadzy.
Najbardziej ucierpiała lewa strona budynku. Widać było sczerniałe belki, które stanowiły miejsce złączenia dachu i ściany. Z tyłu jeszcze się trochę paliło.
Front nie został aż tak bardzo zniszczony. Wciąż istniała okalająca parter drewniana weranda i małe balkony na piętrze. Zarówno weranda jak i balkony wykonane były z różowych palików, na górze zaokrąglonych, z wyrytymi co kawałek serduszkami.
