Za mną, dalej wzdłuż podjazdu, stał podobny domek, ozdobiony na czerwono i niebiesko. Przed nim stała para, z rękami w rękawiczkach założonymi pod pachy. Patrzyli w milczeniu, mrużąc oczy w oślepiającym świetle poranka i patrząc ponuro spod identycznych myśliwskich czapek w kolorze pomarańczowym. Sąsiedzi, którzy zawiadomili o pożarze. Przyjrzałam się ulicy. W zasięgu wzroku nie było innych domów. Ktokolwiek słyszał jakiś hałas, musiał mieć dobry słuch.

Ruszyliśmy w kierunku domu. Minęliśmy tuziny strażaków, kolorowy tłum w żółtych uniformach, czerwonych hełmach, niebieskich pasach z narzędziami i czarnych gumowych butach. Niektórzy z nich nosili na plecach zbiorniki z tlenem. Chyba już zbierali sprzęt.

Podeszliśmy do stojącego przy werandzie oficera. Podobnie jak strażnik, był z francuskiego departamentu policji w Quebecu, z posterunku w St-Jovite albo w okolicy. Policja Prowincji Quebec ma jurysdykcję wszędzie poza wyspą Montreal i miastami, które utrzymują swą własną policję. St-Jovite było na to zbyt małe, więc został powiadomiony departament. Oni z kolei zawiadomili specjalistów od podpaleń z naszego laboratorium. Sekcję Pożarów i Materiałów Wybuchowych. Zastanawiałam się, kto zadecydował, by zawiadomić koronera. Ile ofiar znajdziemy? W jakim będą stanie? Nie najlepszym, tego byłam pewna. Serce zaczęło mi szybciej bić.

LaManche pokazał swoją odznakę i policjant się jej przyjrzał.

– Un instant, Docteur, s'il vous plait – powiedział, unosząc dłoń w rękawiczce.

Krzyknął do jednego ze strażaków, powiedział coś i pokazał na swoją głowę. Chwilę później mieliśmy już sztywne hełmy i maski, które założyliśmy.

– Attention! – oficer kiwnął głową w kierunku domu. Pozwolił nam wejść.

O, tak. Będę ostrożna.

Drzwi frontowe były szeroko otwarte. Kiedy przekroczyliśmy próg, temperatura spadła o jakieś dwadzieścia stopni. Powietrze w środku było wilgotne i czuć było zwęglone drewno, mokry tynk i materiał. Wszędzie leżała kleista substancja.



20 из 341