Przed nami wznosiły się schody sięgające pierwszego piętra, po obu ich stronach ziała czeluść, do niedawna zapewne salon i jadalnia. To, co zostało z kuchni, znajdowało się z tyłu domu.

Widziałam już niejeden spalony budynek, ale niewiele było aż tak zniszczonych. Dookoła leżały zwęglone deski, jak rumowisko zgromadzone pod stromym stokiem nad brzegiem morza. Przykrywały splątane ze sobą szkielety krzesła i kanapy, piętrzyły się na schodach, pod ścianami i drzwiami. To, co zostało z mebli, leżało w stosach na ziemi. Ze ścian i sufitu zwisały kable i poskręcane rury. Ramy okienne, poręcze schodów, deski, wszystko to zdobiły osmolone sople.

Dom pełen był ludzi w hełmach, którzy rozmawiali, mierzyli, robili zdjęcia, kręcili kamerami wideo, zbierali dowody i zapisywali coś na kartkach na podkładkach. Rozpoznałam dwóch specjalistów od podpaleń z naszego laboratorium. Każdy trzymał koniec miary, jeden kucał, a drugi krążył, co kilkadziesiąt centymetrów zapisując dane.

LaManche wypatrzył kogoś z biura koronera i ruszył w jego kierunku. Podążyłam za nim, omijając poskręcane metalowe półki, potłuczone szkło i coś, co wyglądało jak śpiwór, z którego ktoś wyjął cały środek.

Koroner był bardzo tłusty i cały zarumieniony. Nieco się na nasz widok wyprostował, wypuścił z ust kłąb pary, wydął dolną wargę i rękawiczką z jednym palcem wskazał na otaczające nas zniszczenie.

– A te dwie ofiary, panie Hubert? – spytał LaManche. On i Hubert całkowicie się od siebie różnili. Patolog był wysoki i szczupły, o twarzy długiej jak pysk charta. Koroner był wszędzie okrągły. Myślałam o nim w kategoriach poziomych, o LaManche'u w pionowych. Hubert skinął głową, a spod szalika wyskoczyły trzy podbródki.

– Na górze.


– I tylko te dwie?

– Nie wiem, bo nie skończyliśmy jeszcze nawet parteru. Ogień był większy w tylnej części domu. Prawdopodobnie zaczęło się w pokoju przy kuchni. Cały się spalił, a podłoga zawaliła się do piwnicy.



21 из 341