
Wyłączyłam przenośne reflektory i nie odrywając oczu od ziemi podążyłam za nimi, ze zdziwieniem patrząc na fragmenty kości w podłożu wokoło. Świetnie. Kopaliśmy w jedynym miejscu w całym kościele, w którym nie było trumien.
Ojciec Menard otworzył drzwi i rządkiem wyszliśmy na dwór. W pierwszym momencie poraziło nas światło dnia. Niebo w kolorze ołowiu zdawało się otulać wieże i iglice budynków zakonu. Owiewający równinę ostry wiatr łopotał kołnierzami i welonami.
Pochyleni do przodu ruszyliśmy w kierunku pobliskiego budynku, który, podobnie jak kościół, zbudowany był z szarego kamienia. Po schodach weszliśmy na ozdobną, drewnianą werandę i przez boczne drzwi do środka.
Wewnątrz było sucho i ciepło, przyjemnie, unosił się zapach herbaty, naftaliny i smażonego jedzenia.
Nie odzywając się ani słowem, kobiety zdjęły buty, każda się do mnie uśmiechnęła, a potem zniknęły za drzwiami po prawej stronie, a w tej samej chwili do foyer powłócząc nogami weszła filigranowa zakonnica w ogromnym narciarskim swetrze, na którym widniał brązowy renifer. Mrugnęła oczami za grubymi szkłami okularów i wyciągnęła rękę, by wziąć ode mnie moją kurtkę. Zawahałam się: waga kurtki mogłaby okazać się ponad jej siły. Ale ona gwałtownie skinęła głową, jakby mnie poganiając, więc zdjęłam kurtkę i razem z czapką i rękawiczkami podałam zakonnicy. Nigdy nie widziałam osoby w tak podeszłym wieku.
Poszłam za ojcem Menard długim, źle oświetlonym korytarzem do małego gabinetu. Tutaj pachniało starym papierem i pastą do podłogi, która przypomniała mi zapach szkolnego budynku. Nad monstrualnej wielkości biurkiem wisiał krzyż. Ciemna, dębowa boazeria sięgała nieomal do sufitu. Postacie o posępnych twarzach spoglądały z góry na pokój.
