
– Nie, nie, ale to niepodobne do dziadka, żeby nie uprzedził, że wybiera się do centrum.
– Niekoniecznie – wtrąciła Lauren. – Wiesz, że zawsze robi to, co chce. Tak, jakby cały świat był jego salą sądową, a on postępuje tak, jak sam uważa, ponieważ ma do tego prawo.
Powiedziała to bez uszczypliwości, tonem zwykłej informacji.
– Chyba rzeczywiście tak myśli. – Megan uśmiechnęła się
– Ale Tommy'ego traktuje wyjątkowo.
– Bo Tommy jest wyjątkowy.
– Wiemy, ale…
– Żadnych ale. Jest i już.
– Nami się nikt nie przejmuje, tylko on jest traktowany w szczególny sposób. Była to ich odwieczna, choć w pełni uzasadniona skarga.
– Karen, wiesz dobrze, że to nie jest tak. Ludzie są traktowani na różne sposoby, ponieważ każdy ma inne potrzeby. A Tommy ma po prostu dużo większe potrzeby niż wy, dziewczęta. Już o tym rozmawiałyśmy.
– Wiem.
– Martwisz się, że coś się mogło stać? – zapytała Lauren.
– Nie, martwię się tak samo, jak martwiłabym się, gdybyście wy nie wróciły ze szkoły na czas. Identycznie.
Ale wiedziała, że to kłamstwo. Zastanawiała się, dlaczego bardziej przejmowała się synem niż córkami. Coś w tym musiało być. Coś z przeszłości.
– Chcesz, żebyśmy poszły do centrum i odnalazły ich? Założę się, że wiem gdzie są.
– Jasne – dodała Karen. – Pod arkadą, grają w zdobywców kosmosu. Czy mamy tam pójść?
– Nie, nie, pewnie zaraz tu będą. – Pokręciła głową. – Zresztą odrabiajcie lekcje. I żadnej telewizji, póki nie skończycie.
Kiedy zamykała drzwi, dobiegły ją pomruki niezadowolenia.
Megan weszła do swojej sypialni, zsunęła spódnicę i rajstopy, wciągnęła wypłowiałe dżinsy. Bluzkę powiesiła w szafie, włożyła sweter i stare tenisówki, a następnie podeszła do okna. Mimo ciemności widoczność z góry była całkiem niezła. Ulica była niepokojąco spokojna. Ze swego punktu obserwacyjnego widziała salon Wakefieldów po drugiej stronie ulicy. W środku poruszały się cienie ludzi. Odwróciła głowę w kierunku sąsiadującego podjazdu Mayersów – stały tam ich dwa samochody. Wbiła wzrok w głąb ulicy, potem spojrzała na zegarek. Późno, pomyślała. Bardzo późno.
