
Odepchnęła na bok stertę starych gazet i różnych śmieci. Przez chwilę rozglądała się dookoła. Rozprawki polityczne, wojskowe podręczniki na temat broni i materiałów wybuchowych leżały w rogu pokoju, który nazywała biblioteką; ściany były obwieszone płachtami dziwacznych, pisanych odręcznie sloganów rewolucyjnych i plakatami gwiazd rock-and-rolla. Bezmyślnie popatrzyła na plan lotniska Jeffersona.
Olivia nie zauważała nieładu i brudu, nieuniknionego w sytuacji, gdy zbyt wielu łudzi mieszka razem w małym tanim, byle jakim lokum. W rzeczy samej lubiła nawet ciasnotę tego domu. Nie było tu miejsca na ukrywanie tajemnic, pomyślała. Tajemnice są oznakami słabości. A my wszyscy tutaj powinniśmy być dla siebie nadzy. To czyni armię bardziej zdyscyplinowaną, a dyscyplina oznacza siłę. Uniosła półautomatyczny pistolet kaliber 45, szybkim ruchem przeładowała go z charakterystycznym szczękiem, który przeniknął poranny nastrój marazmu i niesmaku i natychmiast zwrócił uwagę pozostałej szóstki. Uwielbiała ten odgłos świadczący, że broń jest gotowa do strzału. Klasyczny dźwięk stawiający wszystkich na baczność.
– Czas na poranną modlitwę – powiedziała donośnie.
W pokoju rozległo się szuranie; pozostali członkowie grupy sięgnęli po swoją broń i sprawdzając ją ustawiali się w koło na środku pokoju. Były tam dwie kobiety i czterech mężczyzn. Dwóch z nich miało włosy do ramion i brody; pozostali dwaj byli czarnoskórymi, z fryzurami w stylu afro. Wszyscy mieli na sobie dżinsowe ubrania i wojskowe czapki. Jeden z czarnych miał czoło przewiązane jaskrawą przepaską i w szerokim uśmiechu wystawiał na pokaz złoty ząb. Na szyi jednego z białych widniała czerwona szrama. Kobiety miały ciemne włosy i były blade. Wszyscy oni położyli broń – kilka pistoletów, dwie dubeltówki i półautomatycznego browninga – na podłodze w środku koła. Wzięli się za ręce, a Olivia zaintonowała:
