
– Słuchaj, wszyscy jesteśmy zdenerwowani. To naprawdę ważny dzień.
– Nie zawiodę.
– Wszystko będzie dobrze. Słuchaj, więcej w tym gestów niż prawdziwego zdecydowania. I naprawdę nikt nie ma zamiaru dać się zabić. Więc nie denerwuj się tak.
Ale ona wiedziała, że to nie nerwy. Że to życie, pęczniejące w niej, i przez sekundę zastanawiała się, czy to była odpowiednia chwila, by mu o tym powiedzieć. Nie, pomyślała, nie tu, nie teraz. Ale kiedy? Czasu było niewiele.
Megan pogłaskała go po policzku.
– A z tobą wszystko w porządku?
– Jasne, dlaczego pytasz?
– Po prostu tak sobie pomyślałam.
– Dlaczego? Co mogłoby być nie tak? Popatrzyła na niego bez słowa.
– Niech to szlag – wyszeptał ze złością – nie zaczynaj znowu. Już rozmawialiśmy o tym. Mamy to za sobą. Mam już dosyć tych marszów, tych protestów. Do niczego nie doprowadziły. Próbowaliśmy, wciąż próbowaliśmy. Jedyną rzeczą, jaką rządzący tym społeczeństwem rozumieją, jest przemoc w ich własnym stylu. Trzeba uderzyć ich w samo serce. Może to coś zmieni. To jedyna droga. – Zawahał się i dodał: – To jedyny rodzaj symboliki, jaką są zdolni pojąć. Dopiero na to zwrócą uwagę. To jest konieczne.
W pierwszej chwili nic nie odpowiedziała. Potem odezwała się cicho:
– Dobrze, świetnie. Wiara w to, że coś się zmieni, to jedno. Ale nie zaczynaj mówić jak Tanya, bo to nie pasuje do ciebie.
Westchnął zrezygnowany.
– Już to przerabialiśmy. Przytaknęła.
– Cholera, nie teraz. Tylko nie teraz!
Chwycił ją za ramiona, nie ze złością, ale tak zwyczajnie, trzymając na odległość wyciągniętych rąk. Otoczyła go ramionami.
– Nie teraz – wyszeptał. – Jezu, nie powinienem cię tu przyprowadzać. To nie jest dla ciebie. Dobrze wiedziałem.
– To, co jest dla ciebie, jest i dla mnie – odparła, po czym roześmiała się. – O rany, to rzeczywiście brzmi staromodnie. – Wiedziała, że żart pomoże mu się odprężyć. Widziała napięcie w jego oczach. Miała nadzieję, że było spowodowane wątpliwościami. Miała nadzieję, że zdoła go stąd wyciągnąć. Ze zdoła wyciągnąć stąd ich oboje.
