
Po chwili puścił ją.
– Chodźmy coś zjeść – powiedział normalnym głosem. Pstryknął ją delikatnie w podbródek.
Pokręciła głową.
– Chyba nie mam apetytu. Zawahała się, jak gdyby zastanawiając się. – Zabawne, właśnie poczułam, że mogłabym zjeść konia z kopytami. I z bitą śmietaną.
– Na śniadanie?
– Już dobrze – powiedziała ujmując go za rękę. Jej uśmiech krył jednak niepokój, który krzyczał: "Powiedz mu! Wszystko się teraz zmieniło. Nie jesteśmy już tacy jak przedtem".
Rozpaczliwie próbowała znaleźć właściwe słowa i odpowiednią chwilę.
Olivia Barrow stała w ciasnej garderobie przy sypialni i wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze. Włosy miała krótko przystrzyżone, co dodawało ostrości jej rysom. Przyglądała się swojej twarzy – prostemu nosowi, wydatnym kościom policzkowym i wysokiemu czołu, które tak często skłaniały jej matkę do uwag, kiedy stawały obok siebie i patrzyły w lustro. Zawsze jej powtarzała, że będzie najładniejszą dziewczyną na każdym przyjęciu towarzyskim. Zaśmiała się do siebie – najwidoczniej nie miała na myśli dzisiejszych spotkań. Przypomniała sobie jak kiedyś, zaraz potem jak dostała się do college'u, agencja dla modelek chciała podpisać z nią kontrakt. Prychnęła z pogardą. Powinnam mieć jakąś bliznę, uznała. Ohydną jaskrawą czerwono-fioletową szramę, biegnącą w poprzek ładnej buzi. Jak kreska na płótnie malarza. Byłoby lepiej, gdybym była bardziej pyzata, bardziej nijaka. Powinnam być przysadzista, mieć strąkowate włosy hippiski, obwisłe piersi i pośladki, powinnam śpiewać mantry o pokoju, miłości i kwiatach i wyglądać tak, jakby w całym świecie interesowało mnie tylko to, gdzie znaleźć kolejną działkę kwasu. Wtedy trudniej byłoby mnie rozpoznać.
Ale jednocześnie świetnie zdawała sobie sprawę z przewagi, jaką jej dawała uroda. Schyliła się dotykając najpierw palców stóp, potem – wciąż zgięta jak scyzoryk – kładąc dłonie płasko na podłodze. Kondycja fizyczna była bardzo ważna.
