
Wciąż potrafię nucić psalmy, które śpiewaliśmy przy jego mogile. Wiem, jak wygląda jego kamień nagrobny. Wiem, gdzie leży. Znam widok, jaki się wokół niego roztacza, na wszystkie strony świata. Wiem, jak wygląda przy pięknej pogodzie, a jak wtedy, gdy huragany nadciągają od zatoki, skąd również najczęściej przychodzi deszcz.
Wiem, że Peder nie żyje. Ale nie mam papierów, których domaga się pastor. Nigdy ich nie zdobędę.
Peder Johansen nigdy nie umrze.
Jego śmierć nie zostanie zapisana w żadnym miejscu. Po prostu zniknął. Tak będzie.
Peter Johnson umarł, ale nigdy się nie narodził. Nigdy nie będzie żadnych dokumentów poświadczających jego urodzenie. Peder miał dwa życia.
Peder – Peter.
W jednym się urodził. To drugie wybrał sam. Uznaję jego prawo do tego wyboru, chociaż ten wybór kieruje resztę mego życia w stronę, na którą sama nigdy bym się nie zdecydowała, gdybym miała taką możliwość. Gdybym naprawdę mogła wybierać swobodnie. Ale nie jestem rozgoryczona. Mogę uważać to za coś w rodzaju wyboru. Przynajmniej tyle jestem mu winna.
Nie zdradzę tego, co wiem. Nic przez to nie stracę.
– A więc ślub nie był nam przeznaczony – stwierdził w końcu Mattias.
Roza uśmiechnęła się lekko. Lewy kącik jej ust zwisał, uśmiech ten więc skończył się gdzieś pomiędzy śmiechem a płaczem. Zmienił się w bezgranicznie smutny grymas na drobnej twarzyczce w kształcie serca. Ciężkie rude włosy związała w luźny węzeł na karku, kilka loków wyślizgnęło się jednak spod wstążek i szpilek. Wiatr bawił się nimi, snuł z nich jakby ognisty welon przed jej czerwonofioletowym policzkiem, na którym tak wyraźnie widać było delikatną tkaninę naczyń krwionośnych pod cienką skórą, pokrywającą poparzone kiedyś, gruzłowate ciało. Reszta jej twarzy pozostawała biała, przypominała zimową bladą maskę w obramowaniu jedwabistych ognistych nici.
