– Już wcześniej zdarzyło mi się żyć w grzechu – powiedział Mattias, resztę pozostawiając jej fantazji.

… mnie też, pomyślała Roza.

W tej myśli zawierało się wiele bólu.

– Zastanawiam się, co się wtedy wydarzyło – ciągnął Mattias, kiedy zostawili już góry i ląd daleko za sobą. Teraz byli już tylko oni, fiord i niebo. I mewa, skarżąca się ochrypłym krzykiem. – To musi się dać jakoś wyjaśnić, Rozo. Po prostu nikt jeszcze nie próbował. Człowiek nie może ot, tak sobie rozpłynąć się w powietrzu. Nigdy o tym nie myślałaś? Nie dziwiłaś się? Nigdy nie zadawałaś sobie pytania, co się wtedy stało z Pederem?

– Peder przyłapał mnie z Jensem koło The House – powiedziała Roza krótko, na moment przypominając sobie o istnieniu Jensa Haldorsena. Temu wspomnieniu towarzyszył ten sam ból, który zawsze wdzierał się w jej duszę. Czy Jens był żywy, czy martwy, to się i tak nie zmieniało. Jens był jej radością, ale sprawiającą wielki ból. Radością, otoczoną udręką.

I właśnie udręka przetrwała. Ból. Radość była ulotna jak ukąszenia komara.

– Odszedł w gniewie – dodała sztywno. Siedziała prosto jak kołek, gdy o tym mówiła. To nie było przyjemne.

– Nie rozgrzebuj tego, Mattias! Peder mógł wyjechać wszędzie. Miał w sobie mnóstwo łagodności, ale głęboko w duszy skrywał czarne jądro. Nie mógł znieść tego, że przyprawiono mu rogi.

Roza powiedziała to z taką goryczą, jak gdyby mówiła o kimś innym, obcym, a nie o sobie i własnym życiu, o własnych poczynaniach i swoim igraniu z ogniem.

– Czy Jens mógł mieć coś wspólnego z jego zniknięciem? – spytał Mattias zadumany.

Przyjaźnił się z Jensem. Łączyła ich dziwna przyjaźń, która skończyła się, gdy w ich życie wkroczyła Roza Samuelsdatter. Może urwałaby się i tak, bo dla Jensa Haldorsena przyjaźń nie stanowiła wartości, towarzyszącej człowiekowi przez całe życie. Dziedzictwo, które nosił we krwi, skazało go na samotność. W końcu pociągnęło go ku śmierci.



4 из 138