
– Jest - powiedział. - Teraz jakąś żarówkę.
Znaleźli nie uszkodzoną w sygnale alarmowym nad boczną tablicą. Ostry elektryczny ognik oświetlił sterownię, jakby część wznoszącej się skosem rury tunelowej o stożkowych ścianach. Wysoko nad nimi, w tym, co było teraz stropem, widniały zamknięte drzwi.
– Ponad siedem metrów - powiedział melancholijnie Chemik. - Jak my się tam dostaniemy?
– Widziałem kiedyś w cyrku żywą kolumnę - pięciu ludzi, jeden na drugim - zauważył Doktor.
– To dla nas za trudne. Dostaniemy się tam po podłodze - odparł Koordynator. Wziął od Chemika nóż i zaczął robić szerokie nacięcia w gąbczastej powłoce podłogi.
– Stopnie?
– Tak.
– Dlaczego nie słychać Cybernetyka? - zdziwił się naraz Inżynier. Siedząc na szczątkach potrzaskanej tablicy rozrządczej, przykładał woltomierz do wyciągniętych na zewnątrz kabli.
– Owdowiał - odrzekł z uśmiechem Doktor. - Czym jest Cybernetyk bez automatów?
– Jeszcze je nakręcę - rzucił Cybernetyk. Zaglądał w otwory wybitych ekranów. Elektryczny ognik powoli żółkł - stawał się coraz ciemniejszy i bledszy.
– Akumulatory też? - mruknął Fizyk. Inżynier wstał.
– Tak wygląda.
Po kwadransie, w głąb, a raczej w górę statku ruszyła sześcioosobowa ekspedycja. Najpierw dostała się do korytarza, a z niego - do poszczególnych pomieszczeń. W kajucie Doktora znaleźli ślepą latarkę. Doktor lubił mieć mnóstwo zbędnych na co dzień rzeczy. Zabrali ją. Wszędzie zastali zniszczenia. Umeblowanie, przymocowane do podłóg, nie rozbiło się, ale z przyrządów, narzędzi, pomocniczych wehikułów, zapasów utworzyła się jakaś nieprawdopodobna kasza, w której brodziło się wyżej kolan.
– A teraz spróbujemy wyjść - oświadczył Koordynator, kiedy na powrót znaleźli się w korytarzu.
– A skafandry?
– Są w komorze ciśnień. Nic im się nie powinno było stać. Ale skafandry nie są potrzebne, Eden ma znośną atmosferę.
