
– Czy mówisz to tylko po to, aby zainteresować nas tą sprawą i bardziej zachęcić, czy też masz jakieś dowody?
Tocs milczał, dopiero po chwili odpowiedział:
– Niech ci się wydaje, że te dowody istnieją, tak będzie najlepiej. Więcej nie mogę powiedzieć, byłoby to zresztą przedwczesne i niewskazane.
– Znowu coś, co nie nadaje się dla małych dzieci? – zapytał wyzywająco Chris.
– Ja tego nie powiedziałem. Zresztą moje wiadomości również są niepełne. Sam widziałeś fotoradiogramy z “Oceanu I”, nic więcej nie mogę ci powiedzieć.
– Dobrze, będę oczywiście ostrożny. Obiecuję ci to. Ale nie myśl, że zmienię swój stosunek do tych waszych synów niebios. Nadal będę uważał ich za widma. Przyznaj zresztą, że zdjęcia nie są zbyt wyraźne.
– Tego ci nikt nie zabroni. Zresztą, z ich strony – Tocs uśmiechnął się – nie grozi nam chyba żadne niebezpieczeństwo. Bardziej niebezpieczna jest sama przyroda, a przede wszystkim fauna, jej gigantyczne okazy. Musicie nastawić się na zupełnie nieznane gatunki!
W pomieszczeniu rozbłysło sufitowe oświetlenie.
W drzwiach stał Karl Nilpach, niski, krępy, białowłosy, o szelmowskim wyrazie twarzy, czego nie była w stanie zamaskować nawet poważna mina.
– Przepraszam – zaczął – ale skąd miałem wiedzieć, że siedzicie tu sobie po ciemku? Ja na przykład wolałbym spędzić czas z kobietą.
– Przydałoby się, żebyś miał trochę więcej szacunku dla kierownictwa – odgryzł się Chris.
– Karl, jutro wyruszysz z Ennilem na wyprawę – powiedział Tocs.
– No, nareszcie coś pocieszającego! – wykrzyknął Nilpach. Demonstracyjnie rozluźnił jedną nogę, potem drugą, jak po ćwiczeniach, gimnastycznych. – W tej puszce można zupełnie zdrętwieć.
– Czy to znaczy, że zaniedbujesz swoje obowiązki? – zapytał Tocs.
– Taki obchód statku, nawet dwa razy dziennie, to dopiero tysiąc czterysta stóp. Cóż to znaczy dla takiego chłopa jak ja! – Uderzył się w pierś, po czym wybuchnął śmiechem.
