
– Jeszcze jedno… – Robert Tocs zwrócił się znienacka do swoich towarzyszy. – Łączność radiowa tylko w razie konieczności. Decyzję o jej nawiązaniu pozostawiam do waszego uznania. – Podszedł do drzwi. – Położę się już spać, dobranoc!
– Co mu się stało? – zapytał Karl, kiedy zamknęły się drzwi. – Zdaje się, że ma jakieś wątpliwości.
– Do tej pory wszystko przebiega jak ha “Oceanie I”. A wiesz przecież, że oprócz kilku radiotelegramów nic więcej nie dotarło od nich do bazy.
– Nie kracz! Zresztą “Ocean I” znalazł się chyba w zupełnie innym miejscu.
– Czy to ma jakieś znaczenie? – zaoponował Chris, czując nagle, że Tocs wcale nie żartował, przestrzegając go. Ale gdy szedł przez długie korytarze do kajuty, nurtowały go inne pytania: dlaczego z całej załogi wziął akurat mnie na spytki? Przez sympatię czy z braku zaufania?
A może to tylko sentymentalny odruch? Tocs zna mojego ojca. Przecież staruszek jest dozorcą w instytucie od chwili, gdy został inwalidą. Widocznie spotkał Tocsa i poprosił go, żeby trochę się mną. zajął.
Tylko na chwilę Chris przywołał w swych myślach obraz ojca. I znowu zdał sobie sprawę, że ojciec nigdy już nie wyzdrowieje, nawet gdyby uporczywe pogłoski o synach niebios, których przybycie oznaczałoby ratunek, miały się sprawdzić. Nikogo jeszcze nie zdołano wyleczyć z tego straszliwego zaniku pamięci, przeklętej plagi ludzkości.
Chris wszedł do kajuty, otrząsnął się z przykrych myśli i gorączkowo zaczął wybierać rzeczy, które mogłyby mu się przydać na wycieczce. Tak nazwał oczekującą go wyprawę. Dopiero potem położył się do łóżka.
Słońce czerwoną plamą wyłoniło się zza piaszczystych gór. Nie czuło się nawet najlżejszego podmuchu wiatru, niebo było już o tak wczesnej porze błękitne aż po horyzont.
Chris Noloc stał na pokładzie, wdychając w radosnym nastroju świeże, pachnące wilgocią morskie powietrze.
