
Neagley w dalszym ciągu milczała.
– Wyrzucili go z helikoptera. Najpewniej w nocy. Maszyna zawisła w powietrzu na wysokości dziewięciuset metrów.
Otworzyli drzwi i wypchnęli go. – Reacher zamknął oczy i wyobraził sobie przyjaciela lecącego dwadzieścia sekund w ciemności, wykonującego przerzuty, machającego rękoma, niewiedzącego, gdzie jest ziemia. Niemającego pojęcia, gdzie upadnie. – Przypuszczalnie nie lecieli od strony Vegas – ciągnął. – Podróż tam i z powrotem przekracza zasięg większości helikopterów. Przybyli od strony północno-wschodniej części Los Angeles. Zastępcy szeryfa obszczekują niewłaściwe drzewo.
Neagley siedziała, nie mówiąc ani słowa.
– Żer dla kojotów – rzekł Reacher. – Doskonały sposób na pozbycie się ciała. Nie pozostaje żaden ślad. Pęd powietrza zwiewa włosy i obcą tkankę. Żadnych dowodów kryminalistycznych. Właśnie dlatego wyrzucili go żywego. Mogli go zastrzelić, lecz nie chcieli ryzykować pozostawienia śladów balistycznych.
Reacher zamilkł na dłuższą chwilę, a następnie zamknął segregator i przesunął go w stronę Neagley.
– Przecież domyślałaś się tego wszystkiego – powiedział. – Prawda? Umiesz czytać. Ponownie mnie sprawdzasz. Chcesz się przekonać, czy mój mózg nadal działa.
Neagley nie zareagowała na jego słowa.
– Grasz na mnie jak na skrzypcach.
Milczenie.
– Dlaczego mnie tu sprowadziłaś? – zapytał.
– Jak powiedziałeś, zastępcy szeryfa obszczekują niewłaściwe drzewo.
– Co z tego?
– Musisz coś z tym zrobić.
– Zrobię. Uwierz w to. Ci, którzy to zrobili, już są martwi. Nie można wyrzucać moich przyjaciół z helikoptera i dalej żyć, aby o tym opowiadać.
– Nie o to mi chodzi. Chcę, żebyś zrobił coś innego.
– Na przykład?
– Zebrał ponownie naszą dawną grupę.
