Szefowa sekretariatu nie płakała. To nie należało do zakresu jej obowiązków. Ale niewiele brakowało, aby zawodowy uśmiech zniknął na dobre z jej twarzy, gdy w pewnym momencie zorientowała się, jak wyglądają przedpogrzebowe „konferencje” wdowy i wiceprezesa na służbowej kozetce w małej sypialni obok gabinetu zmarłego szefa. Ech, żeby ta kanapa umiała mówić – zwierzenia autorskie barona de Sade i kawalera Casanovy okazałyby się dość wstrzemięźliwe, choć prawdę powiedziawszy, Walter przedkładał nad wyszukaną perwersję zdrowe tradycyjne sposoby, tyle że ze stale zmieniającymi się partnerkami…

Szybko jednak spokój powrócił na twarz Magdy. Co z tego, że WIEDZIAŁA. Na jej biurku piętrzyły kolejne orzeczenia o naturalnych przyczynach katastrofy, wywołanej nagłym rozhermetyzowaniem się kabiny pilotów. Żadnych konkretnych dowodów na sabotaż, a tym bardziej spisek, nie miała. Poza tym doskonale zdawała sobie sprawę, że ciekawi żyją krócej.

Zuzanna znalazła się na miejscu katastrofy nazajutrz po wypadku. Przyleciała najbliższym samolotem. Nie bardzo zastanawiała się nad powodem swego przybycia. Nie ustąpiły jeszcze skutki wczorajszego oszołomienia narkotykami. A jednak chciała tu być… Spacerowała więc tam i z powrotem po wzgórzu przypominającym teren przeznaczony pod zwałkę śmieci, nie nagabywana ani przez zapóźnionych reporterów, ani policjantów, spokojnie inwentaryzujących szczątki. Co pewien czas patrzyła na położone w dolinie miasto i na przypominający gigantyczny monolit graniastosłup Mega-Buildingu. Tak zeszło jej do wieczora. Gdzie posiała torebkę z pieniędzmi i prochami nie wiadomo. Dopiero koło ósmej głodna ruszyła ulicą w stronę dzielnic rozrywkowych… Bezmyślnie przyglądała się mijanym wystawom, gablotom kinowym i barwnym neonom. Jakiś pajac reklamujący najnowsze prądy w przemyśle spożywczym uraczył ją puszką galaretek. Przyjęła. I szła dalej.



9 из 311