
— Jakie analizy? — zapytał Tojwo,
— No, znaleźliśmy tu sporo śladów… To paskudztwo wylazło najwidoczniej z tej tam willi i rozpełzło się na wszystkie strony… — Basile zaczął pokazywać rękami. — Na krzakach, na trawie, gdzieniegdzie na werandach został wyschnięty śluz, jakieś łuski, grudki czegoś takiego…
— A co widziałeś na własne oczy?
— Nic. Kiedy przylecieliśmy, wszystko wyglądało dokładnie jak teraz, tylko mgła jeszcze wisiała nad rzeką.
— To znaczy, że świadków nie ma?
— Najpierw myśleliśmy, że uciekli wszyscy co do jednego. Ale później okazało się, że nie. O, w tamtym domku, ostatnim, na samym brzegu, świetnie sobie żyje dosyć sędziwa osoba, która nie miała najmniejszego zamiaru uciekać…
— Dlaczego? — zapytał Tojwo.
— Nie mam pojęcia! — odpowiedział Basile, unosząc brwi i rozkładając ręce. — Wyobrażasz sobie? Dookoła panika, wszyscy latają jak opętani, drzwi zero-kabiny wyrwali z korzeniami, a ta jak gdyby nigdy nic… Potem my przylatujemy, rozwijamy szyki bojowe, szable do boju, bagnet na broń i wtedy ona wychodzi na ganek i surowym głosem prosi nas o zachowanie ciszy, ponieważ swoimi wrzaskami przeszkadzamy jej spać!
— A czy rzeczywiście była panika? — zapytał Tojwo.
— I to jeszcze jaka — powiedział Basile, ostrzegawczo unosząc dłoń. — Było tu osiemnaście osób, kiedy się to wszystko zaczęło. Dziewięcioro zwiało na gliderach. Pięcioro uciekło przez kabinę. A troje oszalałych ze strachu popędziło do lasu, tam zabłądzili, tak że odnaleźliśmy ich z najwyższym trudem. Możesz nie mieć żadnych wątpliwości, była panika, była… Była panika, były jakieś potwory i nawet ślady zostały. Ale dlaczego staruszka się nie przestraszyła, tego nie wiemy. W ogóle jest jakaś dziwna, ta staruszka. Słyszałem na własne uszy, jak oświadczyła naszemu dowódcy: „Trochę późno przylecieliście, gołąbeczki. Nic im już nie pomożecie. Wszystkie zginęły…”
