
— Mieszkasz tu? — chytrze zapytał Basile.
— Mieszkaliśmy — odparł chłopiec — pod szóstką. Teraz już nie będziemy tu mieszkać.
— Kto — my? — zapytał Tojwo.
— Ja, mama i ojciec. To znaczy byliśmy tu na letnisku, a mieszkamy w Pietrozawodsku.
— A gdzie mama i tata?
— Śpią. W domu.
— Śpią — powtórzył Tojwo. — Jak się nazywasz?
— Kir.
— A twoi rodzice wiedzą, że tu jesteś?
Kir przestąpił z nogi na nogę, wyraźnie skrępowany i powiedział:
— Wróciłem tu tylko na chwilkę. Muszę zabrać galerę, cały miesiąc się męczyłem.
— Galerę… — powtórzył Tojwo, wpatrując się w Kira.
Twarz chłopca nie wyrażała nic poza cierpliwą nudą. Widać było, że obchodzi go tylko jedno — chce jak najszybciej zabrać swoją galerę i wrócić do domu, zanim rodzice się obudzą.
— Kiedy stąd wyjechaliście?
— Dzisiejszej nocy. Wszyscy stąd wyjeżdżali i my też. A o galerze zapomnieliśmy.
— Dlaczego wyjechaliście?
— Była panika. Pan nie wie? Co się tu działo! Mama się przestraszyła, a ojciec powiedział: „Wiecie co, wynosimy się stąd, wracamy do domu”. Wsiedliśmy w glider i odlecieliśmy… To ja już pójdę, dobrze? A może nie wolno?
— Poczekaj chwile. Dlaczego była ta panika, jak myślisz?
— Dlatego, że przylazły te zwierzęta. Wyszły z lasu… albo z rzeki. Wszyscy się przestraszyli nie wiadomo dlaczego, zaczęli biegać… Ja spałem, mama mnie obudziła.
— A ty się nie przestraszyłeś?
Wzruszył ramionami.
— No, ja też się przestraszyłem na początku… ze snu… Wszyscy wrzeszczą, wszyscy krzyczą, wszyscy biegają, nic nie można zrozumieć…
— A potem?
— Przecież mówię — wsiedliśmy w glider i odlecieliśmy.
— Widziałeś te zwierzęta?
Chłopiec nagle się roześmiał.
— Oczywiście, że widziałem… jedno wlazło prosto przez okno, takie rogate, tylko że rogi nie były twarde, ale jak u ślimaka… bardzo zabawne…
