— To znaczy, że ty sam się nie przestraszyłeś?

— Nie, przecież mówię — oczywiście, że się przestraszyłem, co będę kłamał. Mama wbiegła taka blada, bałem się, że jakieś nieszczęście… myślałem, z tatą coś się stało…

— Jasne, jasne. Ale czy przestraszyłeś się tych zwierząt?

Kir odpowiedział z irytacją:

— A dlaczego miałem się ich bać? Przecież one są dobre, śmieszne… takie miękkie, jedwabiste, jak mangusty, tylko sierści nie mają. A że takie duże, no to co? Tygrys też jest duży, no i może dlatego mam się go bać? Słoń jest duży i wieloryb… delfiny też bywają spore… A te zwierzęta wcale nie były większe od delfinów i tak samo łagodne… -

Tojwo spojrzał na Basila. Basilowi szczeka opadła, słuchał dziwnego chłopca, trzymając w powietrzu nadgryzioną kanapkę.

— I jak ślicznie pachną! — gorąco ciągnął dalej Kir. — Pachną jagodami. Myślę, że właśnie jagodami się żywią… Trzeba by je oswoić, a uciekać od nich, dlaczego? — westchnął. — Teraz już na pewno sobie poszły. Szukaj ich w tajdze jak wiatru w polu… Wszyscy tak na nie krzyczeli, tupali, machali rękami! Oczywiście musiały się wystraszyć! Trudno je będzie teraz przywabić…

Opuścił głowę i popadł w gorzką zadumę. Tojwo powiedział:

— Jasne. Ale rodzice nie zgadzają się z tobą? Prawda? Kir machnął ręką.

— A jakże… Ojciec jeszcze jako tako, ale mama kategorycznie — nigdy, za nic jej noga tu nie postanie! teraz odlatujemy na Kurort. A ich tam przecież nie ma… A może są? Nie wie pan, jak one się nazywają?

— Nie wiem, Kir — powiedział Tojwo.

— Ale tu już nie ma ani jednego?

— Ani jednego.

— Tak sobie pomyślałem — powiedział Kir. Westchnął i zapytał: — Czy mogę zabrać swoją galerę? Basile wreszcie wrócił do siebie, Podniósł się hałaśliwie i powiedział:

— Chodźmy, odprowadzę cię. Dobrze? — zapytał Tojwo.



61 из 155