
— Oczywiście — odpowiedział Tojwo.
— Po co mnie odprowadzać? — z oburzeniem zapytał Kir, ale Basile położył już swoją dłoń na jego ramieniu.
— Chodźmy, chodźmy — powiedział. — Przez całe życie marzyłem o tym, żeby zobaczyć prawdziwą galerę.
— Ona nie jest prawdziwa, to tylko model…
— Tym bardziej. Całe życie marzyłem, żeby zobaczyć model prawdziwej galery. Odeszli. Tojwo wypił filiżankę kawy i również wyszedł z pawilonu.
Słońce już nieźle przypiekało, na niebie nie było ani jednej chmurki. W bujnej trawie na placu migały niebieskie koniki polne. I poprzez to metaliczne migotanie, niczym dziwaczna poranna zjawa płynęła w kierunku pawilonu majestatyczna starucha z absolutnie nieprzystępnym wyrazem wąskiej, brązowej twarzy.
Podtrzymując (diablo wykwintnie) brązową ptasią łapą dół zapiętej pod szyje śnieżnobiałej sukni, stara, jakby nie dotykając trawy, podpłynęła do Tojwo i stanęła, górując nad nim co najmniej o głowę. Tojwo pokłonił się z szacunkiem, stara kiwnęła w odpowiedzi głową, zresztą zupełnie życzliwie.
— Może pan nazywać mnie Albiną — oświadczyła miłościwie sympatycznym barytonem.
Tojwo przedstawił się pospiesznie. Zmarszczyła brązowe czoło pod bujną czupryną białych włosów.
— KOMKON? No cóż, niech będzie KOMKON. Niech pan będzie tak uprzejmy, Tojwo, i powie mi, jak wy w tym swoim KOMKONie objaśniacie to wszystko?
— Co pani konkretnie ma na myśli? — zapytał Tojwo. Pytanie nieco ją zirytowało.
— Mam na myśli, mój drogi, to właśnie — powiedziała. — Jak to się mogło zdarzyć, że w naszych czasach, pod koniec naszego stulecia, u nas na Ziemi żywe istoty błagające człowieka o pomoc i miłosierdzie nie tylko nie otrzymały pomocy ani miłosierdzia, ale stały się obiektem nagonki, zastraszania, a nawet aktywnych działań fizycznych o wyjątkowo barbarzyńskim charakterze. Nie chce wymieniać nazwisk, ale ci ludzie bili je grabiami, dziko na nie krzyczeli, a nawet próbowali rozgniatać je gliderami. Nigdy bym w to nie uwierzyła, gdybym nie widziała na własne oczy. Czy pan wie, co to takiego dzikość? Wiec to była dzikość! Jest mi wstyd.
