
Umilkła, nie spuszczając z, Tojwo przenikliwego spojrzenia gniewnych, czarnych jak węgiel, bardzo młodych oczu. Oczekiwała odpowiedzi i Tojwo wymamrotał:
— Pani pozwoli, że wyniosę dla niej fotel?
— Nie pozwolę — odpowiedziała. — Nie zamierzam się tu rozsiadywać. Życzę sobie usłyszeć pańskie zdanie o tym, co się stało z ludźmi w naszym osiedlu. Pańską opinie jako specjalisty. Kim pan jest? Socjologiem? Pedagogiem? Psychologiem? A wiec niech pan będzie łaskaw wyjaśnić! Proszę zrozumieć, nie chodzi o jakieś tam sankcje. Ale musimy zrozumieć, jak to się mogło stać, że ludzie jeszcze wczoraj cywilizowani, dobrze wychowani… powiedziałabym — wspaniali ludzie!… dzisiaj nagle tracą ludzkie oblicze! Czy wie pan, co różni człowieka od wszystkich innych istot?
— Eee… to, że jest rozumny? — zaproponował na chybił trafił Tojwo.
— Nie, mój drogi! Miłosierdzie! Miło-sier-dzie!
— Ależ oczywiście — powiedział Tojwo. — Ale skąd wiadomo, że wczorajsze stworzenia prosiły właśnie o miłosierdzie?
Popatrzyła na Tojwo z obrzydzeniem.
— Czy pan sam je widział? — zapytała.
— Nie.
— Wiec jak pan może wypowiadać się na ten temat?
— Nie wypowiadam się — odparł Tojwo. — Właśnie chciałbym ustalić, czego one chciały…
— Mam wrażenie, że wystarczająco jasno powiedziałam panu, że te żywe istoty, te biedactwa, szukały u nas pomocy! Znajdowały się na krawędzi zagłady. Z minuty na minutę groziła im śmierć! Przecież one zginęły, czy pan o tym nie wie? Na moich oczach umierały, rozpadając się w proch, w nicość, a ja nic nie mogłam poradzić, jestem tancerką, a nie biologiem, nie lekarzem, wołałam, ale czy ktokolwiek mógł usłyszeć mój głos w tym tumulcie, w tym rozpasaniu dzikości i okrucieństwa? A potem, kiedy pomoc wreszcie nadeszła, było już za późno, ani jedno nie przeżyło. Ani jedno! A te dzikusy… Nie wiem, jak wyjaśnić ich zachowanie… Być może była to zbiorowa psychoza… zatrucie… zawsze byłam przeciwna jedzeniu grzybów… Zapewne kiedy się już ocknęli, tak im się zrobiło wstyd, że wszyscy uciekli gdzie oczy poniosą! Znalazł ich pan?
