Noc jeszcze nie całkiem ustąpiła świtowi, kiedy grupa zaczęła wspinać się pod górę. Mglisty welon poranka podsunął się pod płaskowyż, nie widzieli wzgórz, na których czekali dwaj groźni przodkowie. Ale Taran-gaiczycy kroczyli bez lęku. Wydawało się, że są świadomi, na co się porywają.

Wkrótce towarzysze podróży Gabriela przez Norwegię zniknęli we mgle. Chłopiec pragnął, by przynajmniej Nataniel i Marco zostali przy nim, ale i przy Ulvhedinie czuł się bezpiecznie. Olbrzym niczym latarnia morska górował nad Taran-gaiczykami, niektórzy z nich byli nawet niżsi od Gabriela.

Posuwali się w milczeniu. Poza wszystkim wspinaczka okazała się dla chłopca tak męcząca, że nie miał siły mówić.

Z drżeniem serca przypomniał sobie, że jest tu jedynym żyjącym. Wędrówka wyłącznie z duchami!

Ale, prawdę mówiąc, dobrze się czuł wśród nich. Wszyscy byli wspaniałymi towarzyszami.

Jeden z szamanów przystąpił do niego.

– Boisz się, Gabrielu?

Rozpoznał ten głos.

– Nie, Tun-sij. W każdym razie nie bardzo.

– Właśnie ty masz opisać to, co się stanie, prawda?

– Tak – odparł Gabriel. – Już bardzo dużo zapisałem w notesie. I mam ich ze sobą kilka.

– To dobrze. Wiesz, że jesteśmy wymarłym plemieniem. Chciałabym, aby ludzie o nas usłyszeli, abyśmy nie poszli w zapomnienie, bez swojego miejsca w historii. Niech nasza ostatnia walka zapamiętana zostanie dla tych, którzy w przyszłości pojawią się na ziemi.

– Zadbam o to – rzekł Gabriel grubym ze wzruszenia głosem. – Ale wam chyba nic nie może się stać? Chodzi mi a to, że wy już… nie żyjecie.

– Drogi przyjacielu – powiedziała ze smutkiem Tun-sij. – My, szamani z Taran-gai, jako potomkowie Ludzi Lodu byliśmy uprzywilejowani. Uniknęliśmy czarnych ogrodów Shamy. Ale strach przed tym miejscem znów się obudził, bo musisz wiedzieć, że walczymy teraz przeciwko sojusznikom Shamy. No i jest też nasz wspólny zły przodek. On jest w mocy wysłać nas tam gdzie chce, jeśli dostaniemy się w jego ręce. Może nas zagnać do Shamy albo do… Wielkiej Otchłani.



13 из 182