Ostatnie słowa wypowiedziała tak cicho, jakby się bała, że ktoś usłyszy.

– Czy wiesz, co to jest? – spytał Gabriel szeptem. – Albo gdzie to jest?

– Tego nie wie nikt – odparła Tun-sij i położyła palec na ustach, dając znak, że o tym nie należy mówić.

Gabriel przystanął i ze strachem spojrzał na górę. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa i ciężko dyszał, bo ostatni odcinek był nieprzyjemnie stromy. Zmarzł, miał wrażenie, że stopy od nocnego chłodu zmieniły się w kawałki lodu, a całe ciało lekko zdrętwiało.

Nic teraz nie widział. Wędrówka po górach zawsze bywa zdradliwa. Kiedy już się wejdzie na wierzchołek, który wydaje się najwyższym szczytem, okazuje się, że kryją się za nim często jeszcze wyższe wzniesienia. I teraz także nie mieli owych przerażających postaci nad sobą, a w każdym razie nie w zasięgu wzroku.

Noc nie chciała ustąpić. Gabriel zastanawiał się, która może być godzina, przypuszczał, że około czwartej, może pół do piątej.

Tun-sij zaczęła coś do niego mówić, starał się skupić na jej słowach.

– Właściwie ty i ja jesteśmy prawie kuzynami. Oczywiście spokrewnieni jesteśmy przez Tan-ghila, choć to było już bardzo, bardzo dawno temu. Poza tym moja wnuczka Shira miała przyrodniego brata, Orjana, a ty jesteś jego potomkiem.

– To prawda – uśmiechnął się do niej Gabriel. Gdy się uśmiechał, oczy mu promieniały, aż wszystkim robiło się cieplej na sercu.

– Będziemy cię strzec – przyrzekła wzruszona Tun-sij. – Dopilnujemy, żeby nic ci się nie stało. Bo tam na górze może być gorąco, co do tego nie mam wątpliwości. Trzymaj się z tyłu, Ulvhedin nie odstąpi cię ani na krok.



14 из 182